Przedszkole nr 11 w Chorzowie


Dzień siódmy

Email

Ostatnia pobudka - jakaś taka niespieszna. No bo byliśmy spakowani właściwie. Trzeba tylko  było zebrać wszystkie zabawki do plecaczków, kosmetyki po porannej toalecie i całą resztę, mając nadzieję, że jednak większość rzeczy trafi do WŁAŚCIWYCH WŁAŚCICIELI. A gdyby nie - to z pewnością w Przedszkolu, zorganizuje się półkę RZECZY POMIESZANYCH i wszystko wróci do normy. Kiedy torby już ostatecznie zapięte, a do obiadu trochę czasu zostało, poszliśmy na ostatnie chwile zabawy na nasze zielonoprzedszkolne podwórko - taka piękna pogoda, szkoda siedzieć w budynku. Była jeszcze okazja do uzupenienia naszej KSIĘGI TATRZAŃSKIEGO TROPICIELA - rysowaliśmy obrazek z PIENIŃSKIEJ WYPRAWY ( bo nie było czasu wcześniej - tyle się działo). W tej naszej KSIĘDZE zostały jeszcze do uzupełnienia ZADANIA DOMOWE - które trzeba będzie zrobić w domu, i przy których rysowaniu będzie można powspominać ciekawe chwile z ZIELONEGO PRZEDSZKOLA: Gdzie strumyk wartko płynie (obserwowaliśmy rzekę z mostu, niektórzy widzieli czarnego bociana, a inni ukrywajacą się w nadbrzeżnych krzakach czarną kozę), Wiatr po niebie chmurki goni ( oglądaliśmy chmury, siedząc nad brzegiem Dunajca i fantazjowaliśmy co nam one przypominają - smoki, motyle, psy - różne wyobrażenia goniły po niebie, i wtedy zobaczyliśmy prawdziwego myszołowa ze zdobyczą w dziobie), Moje Tatrzańskie odkrycie - tu już każdy sam musi WYTROPIĆ, CO ODKRYŁ SAM  w czasie naszego ZIELONEGO PRZEDSZKOLA.

Jednak NIE MOGLIŚMY SIEDZIEĆ W SŁONECZKU W NIESKOŃCZONOŚĆ -nadszedł czas ostatniego obiadu: dziś w menu nasza ulubiona zupka pomidorowa, ale z innym rewelacyjnym dodatkiem - lane ciasto. Na drugie rybka, ziemniaki i surówka z czerwonej kapusty - jak zwykle uczta dla podniebienia. A potem już tylko: leki przed wyjazdem. Ostatnie zdjęcia przed domem Pani Uli ( z nieco mieszanymi uczuciami i niepewnymi minami). Jeszcze podziękowania dla Pani Uli: za opiekę, ucztowanie i ćierpliwość do naszych spóźnień, gdy wyprawy nieco się przedłużały. Na pamiątkę podarowaliśmy Pani Uli kubek na kawę, który każdego dnia, o każdej porze naszą JEDENASTKĘ przypomnieć jej może. I teraz już koniec, nie ma już nic innego do zrobienia, tylko wsiąść do autobusu i WRACAĆ DO DOMU!!!.  Jeszcze ostatnie spojrzenie na widok spod zielonoprzedszkolnego domu, na łąkę z kwitnącymi kwiatami. Ostatnie zdjęcie figurki Św. Jana Nepomucena, który nas szczęśliwie z każdej wyprawy do domu przyprowadzał.

I już ... KONIEC. Droga powrotna minęła szybko i bez problemów. Mały ruch  - wszyscy już czekają na uroczystość otwarcia EURO 2012 - więc ułatwiło nam to podróż. Nieco zdziwienia na jednej ze stacji, gdzie chcieliśmy skorzystać z toalety i okazało się, że znów musimy negocjować ceny!!! W naszym przypadku to 50,00zł!!! A chcemy chronić przyrodę
!!! Ale w końcu dojechaliśmy. Wszyscy już na nas czekali. A tu z wyjściem nie tak prosto: nagrody za TURNIEJ CZYSTOŚCI, pamiątki ze wszystkich WYPRAW i najważniejsze - PAMIĄTKOWA KSIĘGA TATRZAŃSKIEGO TROPICIELA. I jak tu z tym wszystkim wyjść z autobusu, i jeszcze popozować do ostatniego WYJŚCIOWEGO ZDJĘCIA. Ale po zdjęciu już tylko RAMIONA MAMY I TATY!!!
DLA NIEKTÓRYCH JESZCZE NADZIEJA, ŻE W PRZYSZŁYM ROKU TEŻ BĘDZIE ZIELONE PRZEDSZKOLE!!!
P.S.1.
Wszystkie Panie serdecznie dziękują TYM, którzy wytransportowali bagaże z budynku do autobusu. Bez tej BEZCENNEJ POMOCY nie miałyby MOCY na nic innego w tym dniu ostatnim.

 

alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt      

P.S.2
Autor przeprasza za opóźnienie w relacji końcowej, ale jeszcze tego samego dnia, udał się w rejon równie górzysty ale odcięty od technologii informatycznej. KU ZDROWOTNOŚCI WŁASNEJ.smiley
POZDRAWIAM WSZYSTKICH CZYTAJĄCYCH, DZIĘKUJĄC ZA WSZELKIE KOMENTARZE I CIESZĄC SIĘ, ŻE SPRAWIŁY KOMUŚ RADOŚĆ I PRZYJEMNOŚĆ!!!

 

Dzień szósty

Email
Zaplanowaliśmy sobie dziś kolejną wyprawę, a tu ponownie poranek jakiś senny, zaspany i potem pospieszny, żeby ubrać się, zjeść, przygotować DUŻO JADALNYCH PRZYDASIÓW, przygotować wszystkie inne potrzebne i konieczne rzeczy, odwiedzić Zielonoprzedszkolną Aptekę Wyprawową, zrobić TO i OWO i w końcu WYJECHAĆ. Uff! Udało się idealnie. Cieszyliśmy się niezmiernie - a tu zaraz niespodziewana wiadomość krzyżująca nam nieco plany na cały dzień. Otóż okazało się, że (pomimo braku ogłoszeń na stronce internetowej) Pociąg Wycieczkowy w Dolinie Chochołowskiej w dniu dzisiejszym jednak nie kursuje. A wszystkie plany i zadania TROPIACE zostały już omówione, rozdzielone. Trzeba wykombinować coś koniecznie, żeby dzieci nie były rozczarowane, a dzień był jednak TROPIĄCY i ciekawy. Po szybkich konsultacjach wewnętrznych, postanowiliśmy dokończyć WYPRAWĘ zeszłoroczną, która z powodu załamania pogody okazała się WYPRAWĄ DESZCZOWĄ NIEDOKOŃCZONĄ.

Wszyscy, którzy na tej PECHOWEJ WYPRAWIE byli, przyjęli nowy plan z radością. Ci którzy są na Zielonym Przedszkolu po raz pierwszy, cieszyli się równie mocno. Idąc wzdłuż szumiącego Strążyskiego Potoku podziwiamy bogatą roślinność nad potokiem ale przede wszystkim jego krystalicznie czystą wodę, ukazującą bogactwo kolorów kamiennego dna. Wszyscy zachwycają się mini wodospadami, małymi wirami wodnymi, kaskadami spadającej spienionej wody i możliwością kilkakrotnego przechodzenia po małych drewnianych mostkach ponad tą górską kipielą. Kiedy pojawiły się wysokie mury skalne, z kolei zainteresowanie wzbudziły drobniutkie roślinki naskalne, zachwycające kolorami i miniaturowymi rozmiarami. Górujące na Doliną szczyty Kominów Strążyskich też wzbudziły okrzyki podziwu. A kiedy dostrzegliśmy na poboczu małego ślimaka wspinającego się wzdłuż łodygi aż na górę kwiata, każdy z ciekawością przyglądał się jego akrobatycznym wyczynom. Nic dziwnego, że droga minęła nam bardzo szybko. Pkonaliśmy cały dystans w czasie zgodnym, z wyznaczonym na początku szlaku. Nic też dziwnego, że jak tylko pojawił się na wąskim horyzoncie Doliny, znany i charakterystyczny zarys leżącego na plecach człowieka, wszyscy bezbłędnie rozpoznali GIEWONT i się bardzo zdziwili, że to JUZ?! Na szczęście o tej porze na niewielkiej POLANIE STRĄŻYSKIEJ nie było zbyt wielu turystów, tak że nie zrobiliśmy zbyt wielkiego tłoku. Za to wzbudziliśmy ogólne  ogromne zainteresowanie. A kiedy jeszcze się okazało, że nasze dzieci cicho się rozsiadły, cierpliwie czekały na swój przydział prowiantu, zapakowały śmieci jak trzeba, nie goniły się, nie krzyczały, nie marudziły - obok zainteresowania pojawił się PODZIW.

Ale to nie koniec. Po posiłku odbyła się pogadanka informacyjna o charakterze geograficzno-przyrodniczym, rozpoczęta ustaleniem stron świata przy użyciu KOMPASA. Potem odbyła się obserwacja LORNETKOWA Giewonta z cierpliwym oczekiwaniem na swoją kolej. Potem rozdano karteczki, ołówki i zapowiedziano PLENEROWE WARSZTATY RYSUNKOWE. Niesamowity był widok dzieci spokojnie w ciszy poszukujących wolnego miejsca pośród siedzących turystów. Z poważnymi minami spoglądających raz po raz w kierunku dumnego szczytu oraz uważnie przenoszących te swoje obserwacje na kartkę papieru. Potem podjęto decyzję - być w Dolinie Strążyskiej, przy tak pięknej pogodzie i nie zobaczyć wodospadu Siklawicy - NIE DO WYBACZENIA. Podzieliliśmy się więc na dwa oddziały. Chłopcy mieli za zadanie zdobyć drogę pod Siklawicą jako pierwsi ( podobno są odważniejsi). Dziewczynki miały wodospad podziwiać jako drugie. Uformowano GĄSIENICĘ i ostrożnie, z wielką uwagą i odpowiedzialnością,  kolejno obie grupy udały się pod wodospad. Nie trzeba dodawać, że się podobało. Bardzo! Zachwyt  ponownie wzbudziło zachowanie się naszych małych turystów. No ale czas wracać, bo mamy przecież umówiony wjazd na GUBAŁÓWKĘ. Każdy mógł zabrać ze sobą spod Siklawicy JEDEN  mały kamyczek. Obserwacje różnicujące: chłopcy pytają podchwytliwie ilościowo: a nie można dwa? A dziewczynki pytają podchwytliwie jakościowo: a nie można z wody? Ale wszyscy zrobili co należy i mogliśmy wracać. W rewelacyjnym tempie, prowadząc ożywione rozmowy, doszliśmy do końca Dolinki, gdzie czekał na nas już nasz autokar. W krótkim czasie dojechaliśmy do centrum Zakopanego i przy STARYM CMENTARZU NA PĘKASOWYM BRZYZKU wysiedliśmy z autokaru by udać się w stronę KOLEJKI NA GUBAŁÓWKĘ. Czekaliśmy cierpliwie na swoje bilety, z którymi ( dzieki treningowi na basenie) bez problemu przeszliśmy przez BRAMKI. Za chwilę przyjechała KOLEJKA, która zawiozła nas na szczyt GUBAŁÓWKI,  skąd rozciąga się wspaniały widok na całe TATRY. Od razu bezbłędnie wszyscy WYTROPILI GIEWONT, no i oczywiście SKOCZNIE NARCIARSKIE.

Po obserwacjach za pomocą niezaleznej LORNETKI (  w odróżnieniu od płatnej lunetki), zrobilismy sobie pamiątkowe zdjęcia z GIEWONTEM  w tle. No i jazda z powrotem - na opóźniony obiad. A tu jakie pychotki: rosół z makaronem, ziemniaki i kotlet z piersi kurczaka z mizerią. Znowu wszyscy z błogimi minami poszli na potrzebny odpoczynek do swoich pokojów. Potrzebny ale przecież za długo nie trzeba odpoczywać. Energia nas wypełnia po brzegi - trzeba ją pożytecznie spożytkować: robimy wstępną selekcję ubrań i przygotowanie do PAKOWANIA. Przecież JUTRO KONIEC NASZEGO ZIELONEGO. Właściwie niektórzy nie wiedzą - wypada się cieszyć, czy wypada się wzruszać? Już nie będzie przecież WYPRAW, SPACERÓW I TROPIENIA... Ale za to wrócimy do domu!!! Korzystając z pięknego, słonecznego i ciepłego wieczoru wszyscy bawią się na dworze, a w tym czasie kolejno pokojami pakujemy się prawie do końca.   Na zakończenie wspólnych zabaw na podwórku ostatnia pozegnalna SAMBA, czyli MAŁA DYSKOTEKA POD CHMURKĄ. Potem jeszcze ostatnia kolacja - prawdziwy HIT: domowy HOT -DOG. No i mycie, i TAKIE TAM  - no upłynął czas ostatniego zielonoprzedszkolnego dnia. 
 
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
       

Dzień piąty

Email
No i zrobiliśmy naszą dzisiejszą WYPRAWĄ TROPIĄCĄ niezłego niezamierzonego psikusa niektórym. Zniknęliśmy z eteru telefonicznego na jakiś czas, a wszyscy nas właśnie wtedy TROPILI. I z TROPIĄCYCH staliśmy się TROPIONYMI. Ale wszystko po kolei. Budziki zadzwoniły (o zgrozo) o 6.30 ( no bo my musimy zdążyć). A tu cicho w całym budynku. Po godzinie, my przygotowane. A tu cicho w całym budynku. Fotoreporterska pobudka przeszła się po pokojach. A tu na 11 pokoi - 7 śpi. A do śniadania niewiele czasu, a wiele do zrobienia! Jednak o godzinie 9.25 staliśmy przed autokarem: po śniadaniu ( znowu 1 litr mleka więcej) gotowi i przeliczeni, z przygotowanym suchym prowiantem. Tak się zaczęła nasza kolejna WYPRAWA TROPIĄCA. Tym razem nie TATRZAŃSKA, ale PIENIŃSKA. Po godzinie jazdy zobaczyliśmy WIELKĄ WODĘ - Zalew Czorsztyński ( i od razu wytropiły nas SIECI TELEKOMUNIKACYJNE SĄSIADÓW i stąd się wzięło nasze znikcięcie z eteru).
W kasie Zamku Niedzickiego okazało się, że Przewodnik czekać na nas będzie dopiero o godzinie 15.30. No to musimy zrobić reorganizację planów i trochę zmienić kolejność PIENIŃSKIEGO TROPIENIA. Pierwszym etapem naszej pienińskiej przygody stały się więc SROMOWCE NIŻNE leżące u podnóża TRZECH KORON. Już z daleka podziwialiśmy zalesione szczyty Pienin, wśród których tylko gdzie niegdzie wystają kaministe wierzchołki. Zupełnie inaczej niż w TATRACH, gdzie kamienne, gołe turnie górują nad lasami. Jadąc wzdłuż krętego i wartkiego DUNAJCA, podziwialiśmy spływające już tratwy, fachowo prowadzone przez flisaków. Kiedy wysiedliśmy z autokaru, szukaliśmy tych osławionych TRZECH KORON. Tropienie było utrudnione - uparte chmury usiadły na jednej z koronek i... ani rusz. Nie zraziło nas to  i powędrowaliśmy w kierunku widocznego w oddali schroniska pod TRZEMA KORONAMI. Podchodząc pod Pawilon Przyrodniczy - deja wu (przypomniała sie nam historia z termami).

Nikt nas nie mija. Nikt nie idzie za nami. Nikogo nie ma na tarasie Pawilonu. Drzwi Pawilonu zamknięte ( zazwyczaj stoi tu ogromna kolejka, chociażby do ubikacji!!!). Dzisiaj NIKOGO! Czyżby było przed sezonem zamknięte? A może otwierają po południu? Z wielkimi obawami naciskamy ozdobną klamkę ... ale ulga! Otwarte! I czynne na dodatek. Podczas gdy dziewczynki zwiedzają wystawę etnograficzno-przyrodniczą, chłopcy obserwują alpinarium na zewnątrz Pawilonu. A potem zmiana. A potem JEDZENIE ( bo już niektórzy bardzo prosili o konkrety). Jeszcze tylko TO i OWO w pewnym płatnym miejscu ( o zgrozo: 1,50 za osobę!!! - Chyba będzie potrzebne większe kieszonkowe na przyszłośc). Oczywiście potraktowaliśmy to jako ofertę cenową wstępną i przystąpiłyśmy do negocjacji, które zakończyły się kompromisem, zadowalającym obie strony. Jeszcze tylko kilka zdjęć na tle TRZECH KORON, które tym razem pięknie nam pozowały, obserwacje lornetkowe i wielkie odkrycie: tam, na samej górze jest punkt widokowy. Bardzo ekstremalne miejsce - zdaniem niektórych. Zachęcamy do osobistego sprawdzenia. Teraz kierunek: Spływ Dunajcem. W Kątach podziwiamy wiązanie tratew, początek spływu i zapach górskiej rzeki z bliska. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z FLISAKAMI (podobno flisakiem może byc tylko kawaler) i ... dalej w drogę. Teraz przed nami Zamek Czorsztyn. Po wspięciu się na wzgórze zamkowe ukazują się nam ruiny, pięknie zakonserwowane, porośnięte roślinami skalnymi, tworzącymi małe, skalne ogródki. Wędrujemy po tych surowych, kamiennych ruinach: podziwiamy widoki z tarasów i dziedzińców, odkryliśmy nawet kamień ze śladem ślimaka, odważnie pokonujemy ciemne korytarze, wspinamy się po drewnianej konstrukcji i zdobywany basztę. I stąd podziwiamy kolejny cel naszej wędrówki: ZAMEK W NIEDZICY.  Niebawem do niego dojedziemy! Tylko coś zjemy, - bo niektórzy znów bardzo proszą o konkrety.

Po drodze podziwiamy ZAPORĘ NA DUNAJCU i piękny widok dumnie górującego nad taflą wody zamku. Stanęliśmy pod bramą zamkową idealnie o 15.30 jak było umówione. A potem już z Panią Przewodnik powędrowaliśmy po KRAINIE HISTORII. Oczywiście furrorę zrobiła opowieść o Janosiku powieszonym za poślednie źebro, historia skłóconego Bolesława i Brunhildy ( z wielkim uczuciem wszyscy co sił w płucach pozdrowili Brunhildę, krzycząc do studni), a także opowieść o pewnym zwyczaju specyficznego żegnania gości zamkowych, pochodzącym z czasów ostatnich jego właścicieli. Z wielkim żalem spoglądaliśmy na widniejące w oddali, na drugim brzegu Zalewu Czorsztyńskiego, ruiny Czorsztyna. Bo pobyt na górnym tarasie oznacza koniec historycznej wyprawy. Jeszcze tylko przejście przez komnaty Ilony Salamon i pożegnanie bardzo profesjonalnej Przewodniczki, która nachwalić się nie mogła naszych TROPICIELI. Czekając na autokar: koniecznie jakiś konkret i znowu płatne TO i OWO ( tym razem, o zgrozo: 2,00 zł !!!) I .... Nie ma odwołania: koniec tropienia i naszego wędrowania ... na dziś. Pani Ula zrobiła nam nie lada niespodziankę pyszną obiado - kolacją: biały barszcz z kiełbaską, jajkiem i ziemniakami, naleśniki z serem!!! To dopiero był konkret konkretnie zjedzony. Nasi TROPICIELE jednak wcale nie zmęczeni, zakończyli dzień upragnionymi zabawami na podwórku. Na szczęście niezależny ZACHÓD SŁOŃCA ogłosił nieodwołalną decyzję: KONIEC DNIA!!! A jutro kolejna wyprawa!!!
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień czwarty

Email
No i padało od samego rana. Co prawda nie padało "lejnie" ale delikatnie, optymistycznie z wysokim pułapem białych chmur. To nam ustawiło właściwą perspektywę działania od samego ranka. Najważniejsze, że musieliśmy przesunąć śniadanie o pół godziny - bo wszyscy dłużej spali i nie zdążyliśmy ze wszystkimi ważnymi porannymi sprawami.  A przecież nikt się nie umawiał na późne wstawanie!?
Po całkiem spokojnym śniadanku: zupka mleczna ( i znowu o jeden litr mleka więcej musiała Pani Ula ugotować) i kolorowych kanapkach ( z całkiem nowym zestawem dodatków) wszyscy poszli sprzątać pokoje. Dziś dzień specjalny - Komisja Turnieju Czystości przyszła uzbrojona w aparat fotograficzny, aby udokumentować dobre humory mieszkańców każdego pokoju, no i oczywiście ich dbałość o ŁAD I PORZĄDEK. A przy okazji sfotografowano też WIZYTÓWKI każdego pokoju (żeby po latach można było sobie przypomnieć, że mieszkało się w pokoju NIEZAPOMINAJKI albo BIEDRONECZKI).
Po tych przyjemnych chwilach (w wielkiej tajemnicy przed Panią Anią) ODKRYWCY spotkali się na PRÓBIE przed uroczystością POŻEGNANIA PRZEDSZKOLA. Próba była utajniona, zamknięta dla fotoreporterów - więc dokumentacji zdjęciowej i relacji tutaj NIE BĘDZIE. Po tej wyczerpującej pracy ( ale dzięki słodkim wspomagaczom wszyscy dali radę), następne zadanie: trzeba przygotować kolejną stronę do Księgi Tatrzańskiego Tropiciela. Dzisiaj dzień wypoczynkowy - więc rysujemy wspomnienia z szaleństwa basenowego.
I tak niepostrzeżenie nadeszła godzina obiadu. Dziś zaserwowano nam same pyszności: zupka ogórkowa, ziemniaczki i pałeczki drobiowe oraz surówka z marchewki. Nóżki kurczakowe znikały jedna za drugą, jakby w naszej jadalni pojawił się SMOK WAWELSKI z niedalekiego Krakowa. Po takim obżarstwie konieczna była SJESTA  a niektórym trafiła się nawet drzemka. Kiedy już się wszystko poukładało w tych MAŁYCH brzuszkach, można było wykańczać swoje rysunki. Aż tu nagle nieoczekiwana komenda - wszyscy schodzą do ŚWIETLICY, a tu NIESPODZIANKA: zaproszenie na CODZIENNĄ DYSKOTEKĘ. Dlatego CODZIENNĄ -  bo w strojach codziennych. Dyskoteka trwała ani długo, ani krótko - właśnie tyle ile trzeba było, żeby jeszcze zdążyć przed kolacją przygotować widokówki z POZDROWIENIAMI  dla RODZICÓW. A potem znowu NIESPODZIEWANA NIESPODZIANKA: nie ma żadnej kolacji - jest GRIIL. Ale nie jakiś tam grill, tylko prawdziwe OGNISKO w ALTANCE. I co? Wtedy właśnie okazało się, że wcale nie pada!!! I można sobie spokojnie pochodzic po podwórku!!! Nasze SMOKI WAWELSKIE połknęły (gryząc jednak wszystko bardzo dokładnie) cały stos kiełbasek wspaniale przyrządzonych przez Panią Ulę, wiele wielkich bochenków chleba pieczonego i wypiły dwa kociołki herbaty. GDZIE IM SIĘ TO MIEŚCI??? a potem śpiewom i pląsom nie byłoby końca, gdyby nie głos rozsądku: przecież jutro czeka nas kolejna TROPIĄCA WYPRAWA!!!
alt alt alt alt
alt alt alt alt
       

Dzień trzeci

Email
A dziś od samego rana zwodniczo świeciło śliczniutkie słońce na lekko zachmurzonym niebie. Już nawet miałyśmy bardzo konkretne plany zmienienia planów, ale im bliżej śniadania, tym więcej chmur ( niestety nie obłoczków) pojawiało się na niebie. No więc w czasie śniadania podjęlyśmy decyzję, że jednak pojedziemy sobie na baseny termalne do białki Tatrzańskiej.
Taka decyzja wywołała powszechny aplauz i szybciutkie pałaszowanie smakowitego śniadania: zupka mleczna, kanapeczki z pastą jajeczną, pasztetową, serem żółtym lub wędliną. Nie odpuściliśmy jednak rozgrywania naszego TURNIEJU CZYSTOŚCI, i dopiero potem można było spokojnie szykować się do wyjazdu. Motywacja w dzieciach wysoka, więc tuż po 10.00 siedzieliśmy wszyscy w autokarze i można było ruszać w drogę.
Białka leży całkiem niedaleczko Poronina, więc bardzo szybko dotarliśmy do celu naszej dzisiejszej wyprawy. Powitała nas ogromna drewniana brama z góralskim zaproszeniem: WITOJCIE W BANI. Po drodze do wejścia głównego ogarnęły nas rozterki. Nigdzie nie widać ludzi, nikt nie idzie w tym samym kierunku co my. A może czegoś nie wiemy??? a może BANIA  w poniedziałki jest nieczynna??? A może otwierają dopiero popołudniu. Z bardzo niepewnymi minami zbliżaliśmy się do wejścia głównego ... Uff jak ulga. Nie  wisi żadna karteczka, jest otwarte, w środku widać ludzi. Po prostu - wstaliśmy najwcześniej, przyjechaliśmy najszybciej, tylko my wiemy o tych basenach termalnych??? Ludzi faktycznie było mało, obsługa bardzo sprawna, rewelacyjne rozwiązanie kodowania kluczy numerami szafek w szatni. Szybko, bez stresu i chaosu byliśmy gotowi do zabawy. Jeszcze tylko powitanie i rozmowa z Ratownikiem i możemy rozpocząć wodne szaleństwo. A poszaleliśmy: na wodnym placu zabaw, gdzie między innymi co chwila oblewała nas woda z trzech stożkowatych kubełków napełnianych wodą, gdzie różne wodotryski, kaskady wodne, a przede wszystkim cudownie ciepła woda. Szaleliśmy na zjeżdżalni RODZINNEJ pod czujnym okiem STARTERA (  Pani Ewy) i ŁAPACZA ( Pani Ani), która z wielkim poświęceniem ratowała SZALEJĄCYCH  z wodnych opresji. Szaleliśmy na zjeżdżalni PONTONOWEJ, która przyprawiała spływających o zawrót głowy. Nie do wiary, jak szybko upłynęły nasze wykupione 2,5 godziny. Ale cóż, jak to mówią: " wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija" więc ruszyliśmy bez protestów i narzekania pod prysznice, gdzie dodatkowo wymyliśmy się za wszystkie czasy. Po tych wodnych rozrywkach wszystkim burczało w brzuszkach, ale w oka mgnieniu byliśmy z powrotem w Poroninie, gdzie czekał na nas pyszny oniadek. Dziś w menu: zupa jarzynowa z brukselką, oraz ryż z potrawką egzotyczną ( na szczęście nie była egzotycznie ostra, ale przyjazna podniebieniom dziecięcym).
Pobyt na basenie niby nie zmęczył dzieci, ale widać było, że konieczna jest poobiednia regeneracja. Ale bez przesady ... Gdzieś około angielskiej godziny herbacianej spotkaliśmy się w Jadalni na TRUSKAWKOBRANIU. A miały truskawki branie, oj miały.
Po tej niespodziewanej pychotce, wybraliŚmy się na spacer po okolicy, a przy okazji na małe zakupy - no bo koniecznie musimy kupić te wszystkie widokówki i wysłać pozdrowienia zielonoprzedszkolne nszym KOCHANYM RODZICOM.
Ale po drodze nie zapomnieliśmy o TROPIENIU.  Wytropiliśmy urokliwy potok górski, który podczas deszczów nabiera charakteru poważnej górskiej rzeczki. Wytropiliśmy małą chatkę zbudowaną z półbali z ciekawego drewna - wzór wygląda jak ręcznie malowany pędzelkiem. Wytropiliśmy kilka gatunków nowo poznanych kwiatów. No i wytropiliśmy małe stado małych owieczek. Niektórzy próbowali zagadywać po baraniemu, ale to my zbaranieliśmy, kiedy nagle małe owieczki wzięły nogi za pas i czmychnęły za dom. Jeszcze większe było zdziwienie, gdy zauważyliśmy, jak owieczki ostrożnie wychylają swoje głowy zza rogu domu  - jakby sprawdzając, czy prześladowcy jeszcze są. Przed kolacją zdążyliśmy także poobserwować naszą łąkę: OKIEM BIEDRONKI. Posługiwaliśmy się specjalistycznym narzędziem obserwacyjnym - LUPĄ. Obserwacje nie mogły trwać długo - bo zgodnie z prognozami, zaczęło padać. Więc przed kolacją nasi TROPICIELE zdążyli udokumentować swoje obserwacje naukowe w KSIĘDZE TATRZAŃSKIEGO TROPICIELA. A na kolacji euforia. Pani Ula przygotowała DZIECIĘCE MINI TOSTY. Sama się o to prosiła - musiała przygotowywać kilka dokładek. Najedzeni, wymyci ( ale bez przesady - po kąpieli basenowej zrobiliśmy sobie WODNY DZIEŃ DZIECKA i już) wysłuchaliśmy jeszcze bajki i SKOK-HOP do łóżeczek. Jutro sobie pośpimy. Nigdzie nie pojedziemy, bo wszystkie znaki na niebie wskazują na opady ciągłe. No i nic strasznego - na to też mamy kilka wariantów spędzenia ciekawego dnia.
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień drugi

Email
Okazało się, że nawet udało się nam pospać aż do ... 6.30. I na dodatek, pamiętając o ustaleniach naszego Kodeksu, wszyscy wcześniej obudzeni szanowali kończący się sen innych. Od samego rana za oknami piękna pogoda. Pełne słoneczko i ciepełko. Więc po śniadaniu: zupka mleczna, parówki, kanapki z dodatkami oraz po wszystkich innych porannych obowiązkach: konkurs "STOŁÓWKOWY KRÓL CISZY", turniej MISTRZOWIE CZYSTOŚCI, akcji LEKI Z RODZINNEJ APTEKI, o godzinie 10.00 wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy w kierunku Łysej Polany. Ogromną niespodzianką ( nawet dla starych bywalców) były przepiękne widoki, przy bezchmurnym niebie i w miarę niskiej temperaturze, wyjątkowo ostre i wyraziste. Kierowca z bogatym doświadczeniem turystycznym, w kulminacyjnych widokowych punktach zwalniał, by te widoki mozna było uwiecznić na fotografiach. Nasza podróż zakończyła się na przystanku WIERCH PORONIEC, skąd udaliśmy się szlakiem niebieskim na RUSINOWĄ POLANĘ.
I tak się rozpoczęła nasza druga tropiąca wyprawa. Od razu wytropiliśmy, że poruszamy się po Tatrzańskim Parku Narodowym, i że związane są z tym pewne zasady. Tropiliśmy także oznakowanie szlaku na całej drodze. No i trenowaliśmy sposób wędrowania w takiej dużej gromadce, grzecznie pozdrawiając każdego napotkanego turystę. Ta ciekawa i niezbyt trudna wędrówka zakończyła się po 1,5 godzinie, kiedy dumni wyszliśmy na ogromną łąkę, po której przechadzały się już stada owiec, no i ludzi także. Rusinowa Polana to najwyżej w Polsce położone miejsce letniego wypasu owiec. Można tu zwiedzić bacówkę, napić się przepysznej, orzeźwiającej ŻENTYCY i posmakować, świeżego OSCYPKA. Dzieci co prawda tych smakołyków nie próbowały, ale miały tu okazję zaspokoić swój wilczy wręcz apetyt oraz głód wrażeń, podziwiając zapierające dech widoki.  Po tym popasie, nasze grzeczniutkie OWIECZKI, podreptały schodkami na WIKTORÓWKI,  czyli do SANKTUARIUM MATKI BOSKIEJ JAWORZYŃSKIEJ. Wzbudziliśmy ogólny podziw za wytrwałość, ale przede wszystkim za wspaniałe  zachowanie na Mszy Świętej. Duma nas rozpierała. No i potem musieliśmy już wracać - nadal niebieskim szlakiem, który tym razem zaprowadził nas do przystanku ZAZADNIA. Autokar już na nas czekał i szybko dojechaliśmy na upragniony obiad. Dziś w menu przebój: zupa pomidorowa, ziemniaki, pieczeń i buraki. Znikało to wszystko z talerzy w mig. I to w jakiej ciszy!!! Motywacja konkursowa działa. Po krótkim odpoczynku wywędrowaliśmy z podwieczorkiem na podwórko, żeby skorzystać z końcówki dobrej pogody. No bo się trochę zachmurzyło, a po jakimś czasie troszkę "zadeszczyło" - ale akurat przed kolacją. Na pocieszkę, po kolacji: dziś makaron z serem na słodko  - zrobiliśmy sobie wieczorne KINO W DOMU. A potem ... już tylko sen, aż do jutra. A co jutro??? Zależy od pogody. Mamy kilka wariantów na każdąokazję!!!
.

alt

 
  alt alt alt
alt   alt alt alt

Dzień pierwszy

Email

No i zaczęło się! Dojechaliśmy nadspodziewanie szybko i sprawnie. Wszystkim dopisywał humor i samopoczucie - nie było na szczęście żadnych "niespodzianek". Tu ogromne podziękowania za pyszne drożdżówki. Palce lizać!!!
Po gorących powitaniach z Panią Ulą i skomplikowanych negocjacjach, udało się nam w końcu skompletować składy wszystkich pokoi. O dziwo - wszyscy rozlokowali się bezgranicznie zadowoleni. Nieco mniej zadowolone były Panie, podczas wnoszenia bagaży: walizeczek, toreb, torb, waliz. Ale ... tu pochwała dla Rodziców: o wiele więcej bagaży było podpisanych, co ułatwiło na zmagania z ich ciężarem.

Po wstępnym rozpakowaniu ( głównie chyba zabawek - no bez przesady, niektórzy całkiem ładnie poukładali swoje rzeczy jak należy) udaliśmy się na obiadek. Dzisiejszy jadłospis: zupka koperkowa z lanym ciastem, ziemniaki, kotlet mielony, marchewka z groszkiem. Po obiadku, który w mig znikał z talerzyków i niewielkim odpoczynku ( bo nikt nie miał ochoty na większy - choć może parę (5) chętnych by się znalazło) poszliśmy na pierwszą wyprawę tropiącą. Wytropiliśmy ścieżkę prowadzącą na polany z cudnym widokiem na szczyty górujące nad Doliną Gąsienicową, okrążającą las ponad naszym Pensjonatem, dochodzącą na polanę z widokiem na Kasprowy Wierch a potem na Giewont i doprowadzającą nas od drugiej strony do naszego zielonoprzedszkolnego Domu. Tropiliśmy nie tylko widoki. Najważniejsze zadanie to: tropienie najlepszej drogi, by nie ubłociły się nasze nogi.

Wszyscy okazali się wysokokwalifikowanymi tropicielami ( po paru małych, drobniutkich wpadkach - dosłownych). Kolejne zadanie to tropienie łąkowych kwiatów i poznawanie ich nazw. Na tej pierwszej wyprawie spotkaliśmy jaskry, koniczyny: biała i czerwoną, przetaczniki, wyrośnięty górski rdest i oczywiście dmuchawce. Rozpoznawaliśmy też drobne krzewinki: jagodowe i borówkowe. Zresztą wszystko było ciekawe, inne, nowe. Ten pierwszy zwiadowczy spacer udowodnił jednak przede wszystkim, że wszystkie nasze przedszkolaki są doskonale przygotowane do takich terenowych wypraw tropiących.

Wydawało się, że spacerek lekko wszystkich zmęczył ... choć nikt nie marudził absolutnie. Jednak zaraz po podwieczorku: banan, wszyscy nabrali wigoru i z nowymi siłami zabrali się do opracowywania Kodeksu Zielonego Przedszkola. I teraz już każdy Zielonoprzedszkolak wie - jak zachowywać należy się! Kolacja dodatkowo wzmocniła wszystkich ( barwne kanapeczki z pomidorem, jajkiem, serkiem białym i żółtym, szczypiorkiem) i okazało się, że stojąca pod znakiem zapytania Dyskoteka na Dobry Początek - jak najbardziej może się odbyć. Kąpiel też przebiegała nadzwyczaj sprawnie i bez "paniki". I tak oto o godzinie 21 zapanowała w naszym domu błoga cisza ... Ciekawe do której? (Zdjęcia zostaną udostępnione jutro, bo godzina jest jakby jutrzejsza już).


 

alt alt alt alt
alt      




WIEŚCI Z ZIELONEGO PRZEDSZKOLA 2012

Email
WIEŚCI Z ZIELONEGO PRZEDSZKOLA: 2 czerwca o godzinie 8.00 wyjeżdżamy na tegoroczne ZIELONE PRZEDSZKOLE. W tym roku gościć nas będzie Pani Ula w Poroninie. Mamy nadzieję, że tym razem uda się nam na bieżąco relacjonować nasze "zielonoprzedszkolne" przygody. Trzymajcie kciuki za cudną pogodę, żebyśmy mogli zrealizować wszystkie nasze plany i zdobyć SPRAWNOŚĆ TATRZAŃSKIEGO TROPICIELA.