Przedszkole nr 11 w Chorzowie


Dzień siódmy - piątek

Email
Ach jakiż to był poranek! Pełen dziwnych niespodzianek!
Najbardziej zdziwiła się podobno Pani ULA, kiedy rano wstała, żeby napalić w piecu i ... zobaczyła armię obuwia zmierzającą prosto do JADALNI. Najpierw myślała, że to jej syn wrócił o dziwnej porze do domu i rozrzucił swoje buty, ale gdy przetarła oczy ... już wiedziała, że to szalał DUSZEK ZIELONEJ NOCY.  Tego poranka nie musiałyśmy nikogo budzić! Piskom radości, zdziwienia i niedowierzania nie było końca, aż do samego śniadania. Wszyscy obudzili się z lizakami przywiązanymi do nogi - mniam! Znajdowali apaszki, koszule, bluzy powiązane ze sobą i ze stołami lub krzesłami - oh! Zauważyli uciekające obuwie - oj!
No ale wcześniej, czy później wszyscy zasiedli do śniadania, po którym nastąpiło UROCZYSTE  OGŁOSZENIE WYNIKÓW NASZEGO KONKURSU CZYSTOŚCI I KOLEŻEŃSTWA. Różnice pomiędzy poszczególnymi pokojami były jednopunktowe. Wszyscy szli ŁEB W LEB do ostatniego dnia rywalizacji! Nie było PRZEGRANYCH ! Wszyscy WYGRALI ! Dlatego każdy nasz ZIELONOPRZEDSZKOLAK mógł sobie po BRAWACH I GRATULACJACH wybrać 2 UPOMINKI - NAGRODY (Dziękujemy Darczyńcy! Przydały się PRZYDASIE).
A teraz: najtrudniejsza praca na Zielonym Przedszkolu! Trzeba w swoim pokoju zrobić segregację i klasyfikację swoich ubrań i pozostałych rzeczy tak, żeby każda trafiła do właściwej torby. ( Mamy nadzieję, że się to w większości udało. Gdyby jednak okazało się, że pewne rzeczy pomyliły właścicieli ... - to w Przedszkolu zorganizujemy KĄCIK RZECZY POMYLONYCH. Zresztą już mamy 3 różowe bluzy, do których nikt się nie chce przyznać, a nie chcemy by pozostały bezdomne).
Pakowanie poszło sprawnie,  i mogliśmy sobie spokojnie wyjść na podwórko i wykorzystać niespodziewanie dobrą pogodę! Nareszcie można POGRAĆ W NOGĘ NA BOISKU!!! Tyle czasu stało bezczynnie! Nareszcie możemy wyjąć przywiezione z Przedszkola: piłki, paletki, gumy, skakanki, ringo i inne gry. Można pozjeżdżać ze zjeżdżalni, pohuśtać się na huśtawkach albo leniwie wystawić twarz do słoneczka. Nie do wiary, że przez cały tydzień mieliśmy DŁUGI DESZCZOWY TYDZIEŃ  a dzisiaj mamy DŁUGI POGODNY PORANEK ( niestety za krótki!!!) - bo jednak trzeba zacząć sprzątanie, bo jednak trzeba iść na obiad, bo jednak trzeba zakończyć pakowanie i wynieść bagaże z pokojów! Jeszcze tylko CHCEMY PODZIĘKOWAĆ PANI ULI za wszystkie pyszne smakołyki i smakowitości. CHCEMY PRZEPROSIĆ, że czasami czekała na nas z posiłkami, a my ... zresztą wiemy sami, że czas to jest coś, co nam ciągle uciekało i ciągle go było za mało!
Pan KIEROWCA ( nasz BUSIK, dzisiaj ma zasmucony kolor szarości), cierpliwie czekał ( ale miał czas odsapnąć, bo dzielnie nam pomagał i sam poukładał wszystkie nasze BAMBETLE do bagażnika: DZIĘKUJEMY !!!), ale w końcu ostatnie spojrzenie na domek, który na tydzień stał się naszym ZIELONOPRZEDSZKOLNYM DOMEM i (uzbrojenie w autobusowy niezbędnik turystycznny) i ... w drogę... do domu!!!  Do MAMY I TATY.
Powoli zjeżdżamy z górki, mijamy figurkę Jana Nepomucena, przejeżdżamy przez most na rzeczce,w której wody po ulewach w górach już wróciły do swojego koloru, i ostrożnie wjeżdżamy na drogę porowadzącą nas do PORONINA ... NOWEGO TARGU ... RABKI ... MYŚLENIC ... KRAKOWA ... CHRZANOWA ...  KATOWIC ... CHORZOWA.
Gdzieś w połowie tej drogi nagle padło pytanie:  A KIEDY WRÓCIMY??? Dokąd chcesz wrócić kochanie? - W Tatry, na Zielone Przedszkole - Chyba za rok o tej samej porze, Zielone Przedszkole wydarzyć się znowu może! ( Choć przyszła nam do głowy myśl jak błyskawica, że można by się zastanowić nad turnusem JESIENNYM, ale to byłaby już zupełnie inna historia!)
Resztę wydarzeń już czytelnicy znają: Rodzice cierpliwie pod Przedszkolem czekają i z radością swoje dzieci WITAJĄ.
I tak minął ten ostatni DZIONEK  na ZIELONYM PRZEDSZKOLU. I już nie PA! DO JUTRA - ale do poniedziałku! Przed nami następne dni i wiele, wiele chwil, w których tak wiele nowych, innych rzeczy do zrobienia! :)
alt


 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt


 

Dzień szósty - czwartek

Email
Dziś przed nami ostatni dzień wyprawowy. Nieco mży, więc na wyprawę mamy pomysł nowy.
Ale na początku dnia trzeba obudzić wszystkich dookoła: POBUDKA, POBUDKA - pani woła. Konkurs czystości odbył się dzisiaj znienacka. Dzieci sobie jadły śniadanie: dziś do wyboru miały zupę mleczną, paróweczki i jeszcze inne kanapeczki. Potem musiały wzorowo spakować swoje plecaki, nie zapominając o pelerynkach i innych przeciwdeszczowych narzędziach, bo się zapowiada... Nie wiadomo czy będzie, ale może będzie - deszczyk oczywiście. Prawie, prawie się nam dziś udało zdążyć na umówioną godzinę do BUSIKA. Pani cierpliwie jednak czekała, a potem nawet powiedziala, że jesteśmy niesamowitą grupą - bo tam gdzie chcemy jechać, zawsze jest sucho, a gdzie indziej z pogodą jest krucho.
Dziś postanowiliśmy pojechać do JASZCZURÓWKI i zobaczyć mały drewniany kościółek, który został zaprojektowany przez Witkiewicza, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nazwa JASZCZURÓWKA podobno pochodzi stąd, że pod kamienną podmurówką zamieszkiwały salamandry, zwane przez tutejszych górali JASZCZURKAMI. Ciekawostką architektoniczną jest fakt, że cała kaplica została zbudowana bez użycia gwoździ. We wnętrzu zachwycaliśmy się  bogatymi rzeźbieniami, świadczącymi o kunsztownej pracy i talencie wykonawców. Wszyscy zwrócili uwagę na ołtarz, który przypomina góralską chatę i niezwykły, ogromny żyrandol - jak się okazało wykonany z jednego kawałka drzewa. Zresztą, wszystko nas tu zachwyciło i wzbudzalo podziw. No ale na dole, u stóp kamiennej podmurówki czeka już następna grupa zwiedzających, więc tylko mała chwila zadumy ... i musimy wracać do BUSIKU. Dalej jedziemy szlakiem rzeźbiarzy ... do skansenu w Chochołowie. Zresztą tak naprawdę to cała ta wioska jest jednym wielkim Skansenem, w którym wzrok przyciągają jasne, drewniane chaty, ustawione w ten sam sposób do drogi. Jasne są dlatego, że co roku, przed Wielkanocą i Bożym Ciałem Gospodynie chochołowskie szorują swoje domy szczotkami ryżowymi i wodą z mydłem. Jednak naszym celem jest chata znanego chochołowskiego rzeźbiarza - Jana Ziętera i jego syna. W jednej części chaty podziwiamy zebrane eksponaty starego góralskiego wyposażenia, a w drugiej części - która jest jednocześnie i sklepem, i pracownią, możemy zachwycać się licznie zgromadzonymi tu rzeźbami. Jesteśmy tutaj świadkami powstawania dużego rzeźbionego stołu. Z zainteresowaniem patrzymy jak syn Krzysztof, nanosi wzór na podstawę i nogi stołu. Oj chciałoby się zostać tu nieco dłużej ... Ale kupujemy sobie pamiątki i wracamy do BUSA, który zaparkował przed zabytkowym, kamiennym kościołem pod wezwaniem Św. Jacka. I znowu patrzymy zachwyceni i na kolory piaskowca, z którego wybudowano ten wyniosły kamienny kościół ponad 150 lat temu i jego okazałe wieżyczki. Niestety, ogromna brama kościelna jest zamknięta, więc nie możemy zaglądnąć do środka. Wracamy na obiad - po drodze jednak jeszcze wstąpimy na Krzeptówki do Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej, które zostało wybudowane przez górali jako WOTUM wdzięczności za uratowanie życia Papieżowi Janowi Pawłowi II. I tutaj zachwycamy się pięknymi i bogatymi rzeźbieniami i ornamentyką. Dzieci wyciszone urokliwym miejscem, z zaciekawieniem oglądają boczne ołtarze poświęcone pastuszkom z Fatimy i NASZEMU PAPIEŻOWI oraz złocony ołtarz główny z figurą Matki Boskiej Fatimskiej, górującej nad całym wnętrzem kościoła.
Teraz już prosto do Pani ULI na obiad. Chyba znowu nieco się spóźnimy! Dziś na obiad zupa koperkowa ze ŚCIERKĄ ( to taki tarty makaron a nie szmatka). Na drugie danie Pani ULA nam zaserwowała piersi z kurczaka i zieloną sałtkę w pysznej śmietance. Najedliśmy się po same brzegi ... A tu trzeba szybko ochłonąć, bo wybieramy się dzisiaj na gruntowne kąpanie ( no bez przesady ...  tych NIEMYTYCH DNI DZIECKA nie było znowu tak dużo). Chcemy się wyszaleć na termach - no bo trawa, boisko i leśne ścieżki całe mokre i w błocie. Więc przed nami ponowne spotkanie z Panem RATOWNIKIEM, któremu od razu wyjaśniliśmy, że już wszystko doskonale wiemy i że oczywiście będziemy uważni i grzeczni. I już jesteśmy na WODNYM PLACU ZABAW, potem znów na ulubionej ZJEŻDŻALNI RODZINNEJ, i pozostałych. Zabawa była pyszna - nie mogło być inaczej, więc dwie godziny minęły, nawet nie wiadomo kiedy. I znów: suszenie, ubieranie - całe szczęście, że w Białce jest to wszystko tak PRZYJAŹNIE  wykombinowane. Poszło sprawnie i w miarę szybko -  ale BUSIK jednak trochę na nas czekał. No i powrót na kolację: a tu RARYTASY: NALEŚNIKI Z SEREM  lub z DŻEMEM.  Nie można napisać, że naleśników zabrakło, bo Pani ULA się obrazi. Czyta naszego bloga i mówi, że to tak wygląda, jakby gotowała za mało ...  A to nam apetyty dopisują. Więc dziś naleśników nie zabrakło!!! - bo po dokładkach i dosmażaniu, zostały 2.
Oj bogaty był ten ostatni dzien wyprawowy -  więc żadnych ekscesów na koniec dnia. Sił wystarczy akurat na SEANS KINOWY  w świetlicy i DOBRY SEN! Ciekawe co nam przyniesie ZIELONA NOC? Ale to już historia na dzień jutrzejszy! OSTATNIA DOBRANOCKA - NIECH SPOKOJNIE I CICHO  MINIE TA OSTATNIA NOCKA!
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt


Dzień piąty - środa

Email
Mieliśmy dzisiaj wcześniej wstać, bo WIELKA WYPRAWA, a tu znów wszyscy śpią!!! Kiepska sprawa!
Ale pobudka piosenką MARGOLCIOWĄ z telefonu Pani Gabrysi, łagodnie obudziła śpioszków i pięknie zdążyliśmy zjeść łagodne śniadanko (tym razem bez zupki mlecznej, żeby w busiku nie było woreczkowej potrzeby) i .... UDAŁO SIĘ!!! Staliśmy na schodach w pełnym rynsztunku przygotowani do wsiadania, kiedy pojawił się nasz żółciutki, bananowy BUSIK. I ruszyliśmy ( oczywiście Pani ULA przygotowała dla nas SUCHY PROWIANT, bo przecież dziś obiad w drodze). Trzeba dodać prognozę pogody: w Poroninie MŻAWO. Po drodze: miejscami LEJNIE.  U celu podróży: zachmurzenie częściowe z przejaśnieniami i przebłyskami SŁOŃCA (to taka gwiazda, która w ciągu dnia ma ogrzewać naszą biedną ZIEMIĘ,  a która w tym roku nieco się leni).  Dziś kierunek naszej wyprawy zgoła odmienny - jedziemy w PIENINY. Droga nieco długa:  ponad godzinkę trwała i nie obyło się bez woreczkowania, bo droga gładka, ale kręta. Ale sytuacja szybko była opanowywana i w pełnej gotowości dojechalismy do PRZYSTANI POD ZAMKIEM W NIEDZICY. Kupiliśmy sobie bileciki na REJS po Zalewie Czorsztyńskim - okazało się, że będziemy płynąć statkiem HARNAŚ. Czekając aż statek skończy swój poprzedni rejs, umówiliśmy PRZEWODNIKA do zwiedzania ZAMKU NIEDZICA ( niestety jest wielu turystów, i mamy późniejszą godzinę zwiedzania, co w tym roku nie pozwoli nam wejść na zamek CZORSZTYN, tym bardziej, że z powodu deszczów droga z przystani do ZAMKU CZORSZTYN po drugiej stronie jeziora jest rozmyta, wilgotna i błotna). Chłopcy tymczasem sokolim wzrokiem wypatrzyli SUPER GRĘ: CYMBERGAJ. Za male pieniążki  zrobiliśmy sobie wielką uciechę, a czas przeminął nie wiadomo kiedy i ... już KAPITAN woła nas na pokład. Nieco nieśmiało wchodzimy po drewnianym trapie, witając KAPITANA. Pogoda niewiarygodnie ładna jak na aktualny czerwiec, jednak nieco wieje, więc schodzimy wąskimi schodkami marynarskimi do restauracji pod pokładem ( oczywiście wnętrze jest całe przeszklone, więc mamy noski na poziomie lustra wody i widoki bez bryzy w oczach, i wody na czołach). Kiedy KAPITAN uroczyście odcumował  - HARNAŚ bardzo łagodnie i majestatycznie ruszył z miejsca ( niektórzy tego nawet nie zauważyli). Fale były prawie niewidoczne, więc kołysania , którego nieco się obawialiśmy po busikowej akcji woreczkowej - wcale nie czuliśmy. Wysłuchaliśmy w czasie rejsu historię i przyczyny powstania JEZIORA CZORSZTYŃSKIEGO i ZAPORY NA DUNAJCU. Obserwowaliśmy zamki pojawiające się to z tej , to z tamtej strony, aż niektórzy stracili rachubę i doliczyli się trzech zamków. Ale szybko uzgodniliśmy fakty: zamki są dwa: CZORSZTYN i NIEDZICA, jeden to zrekonstruowane  ruiny, a drugi częściowo odrestaurowany ( jak się potem okazało restauracja też w nim jest, ale niewiele ma wspólnego z odrestaurowaniem - język polski jak powiadają, trudny jest i skomplikowany). Godzinny rejs minął spokojnie ... i oto dobijamy do brzegu, KAPITAN rzuca cumy i ... możemy schodzić z pokładu po trapie PRZYSTANI - tym razem już jak STARE WILKI MORSKIE odważnie oglądamy wszystko i dostrzegamy nawet małe rybki pod trapem. Po wizycie w ubikacji za ULGOWE BILECIKI: DZIĘKUJEMY, DZIĘKUJEMY BARDZO!!! Teraz wspinamy się pod górkę, kierowani drogowskazem DO ZAMKU. Ścieżka doprowadza nas wprost do ZAMKOWEJ WOZOWNI. Przywitała nas przemiła Pani PRZEWODNIK,  która opowiedziała dokładnie wszystko o tym STARODAWNYM GARAŻU i wszystkich zaparkowanych tu WOZACH, POWOZACH, KARETACH, KAROCACH a nawet SANIACH. Do zwiedzania zamku mamy dużo czasu, więc wędrujemy na ZAPORĘ. Oglądamy zamek z drugiej strony i schodzimy na TAMĘ. A tu zaskoczenie: na środku najwyższej zapory w Polsce widzimy ogromne malowidło na ziemi. Obraz MOC ŻYWIOŁÓW ma długość 34 metrów i szerokość 7 i tworzy iluzję trójwymiarową, przedstawiającą wyrwę w zaporze i turbiny elektrowni wodnej zalewane wodospadami przelewającej się wzburzonej wody. Podobno obraz powstawał 2 miesiące. Wrażenie jest niesamowite, więc nie mogliśmy się oprzeć  i każdy stanął wewnątrz zapadliska, pomiędzy wodospadami, pozując do pamiątkowego zdjęcia. Jeszcze jedno pozowanie z zamkiem w tle i okazało się, że czas najwyższy ruszyć w kierunku zamku. Przyznajemy się, że po drodze poczęstowaliśmy się 1 gałką smakowitych lodzików ( ale słoneczko świeciło pięknie, cieplutko, wietrzyk lekki a apetyt OGROMNY ... może będziemy usprawiedliwieni!!!). Doszliśmy na czas - uff! Szerokim gościńcem doszliśmy do bramy wejściowej, mijając budzący lekki niepokój i liczne pytania znak przydrożny przedstawiający DUCHA? Pani Przewodnik MARYSIA, zgromadziła nas na dziedzińcu zewnętrznym i zaprowadziła najpierw do lochów (a co to są lochy? Więzienie dla zbójców) Opowiedziała o cierpiącym tu JANOSIKU i zdradzie przekupnej MARYNY,  dziurze spełniającej życzenia, dybach i drodze ucieczki. Potem na dziedzińcu wewnętrznym, przy studni, wysłuchaliśmy legendy o dramatycznej miłości BRUNHILDY I BOGUSŁAWA ŁYSEGO. Gromkimi krzykami pozdrawialiśmy BRUNHILDĘ, mając nadzieję, że nam czuprynek jutro rano nie zabierze. Potem zwiedziliśmy kolejne sale, tarasy widokowe, komnaty, sypialnie i łazienki. Okazało się, że dzieci są ogromnie zaciekawione, zasłuchane i zadają ogrom pytań. Pani MARYSIA ledwo, ledwo zmieściła się w czasie przeznaczonym na zwiedzanie - ale i tym razem zdążyliśmy do BUSIKA na umówioną godzinę!. Jesteśmy dumni niezmiernie! Za wcześnie żeby wracać już do domu i jednak za późno, żeby zwiedzić zamek w CZORSZTYNIE lub dojechać pod TRZY KORONY. Musi nam w tym roku wystarczyć spacer po PRZYSTANI FLISACKIEJ i obserwacja wzburzonej wody na DUNAJCU.  A tu specjalny BONUSIK: pojawili się amatorzy wodnej przeprawy i ... mamy okazję obserwować jak FLISACY składają TRATWĘ i przygotowują się do SPŁYWU PO DUNAJCU. ALe teraz już czas na powrót! Jeszcze tylko okaz do HERBARIUM ( dzisiejszy okaz ma prawie sto krotną liczbę płatków i żółciutkie oczko i niewysoki z owalnym listeczkie. Co to?) i jeszcze tylko  pamiątkowe wspólne zdjęcie, i jeszcze jedno z BUZIAKAMI DLA MAMY I TATY ...  i jedziemy na nasze ZIELONE PRZEDSZKOLE. Im bliżej Tatr - tym więcej wody z nieba leci. I nawet akcji woreczkowej żadnej nie było: cisza i spokój senny. A Pani Ula już na nas czeka ze specjanym zestawem obiadowym: biały barszcz i na drugie klopsy mielone. Ale apetyty dzisiaj jakby okrojone, a może nieco zmęczone? Ależ nie, bo jeszcze nie skończyła się dobranocka a tu znienacka pada pytanie: A BĘDZIE DYSKOTEKA? KRAKOWSKIM TARGIEM ustaliliśmy, że najpierw małe warsztaty plastyczne (malowanie pamiętnikowego wspomnieniowego obrazu rejsowego) a potem najdrobniejsza ze wszystkich DYSKOTEKA PO WYCIECZCE. Wszyscy zadowoleni - po jednej i drugiej stronie. Uśmiechy nie schodzą z twarzy i po obowiązkowej kąpieli, każdy już może śnić o czym marzy!!! A co jutro? Jutro ostatni już cały dzień na ZIELONYM  -  więc musi być czym niespodziewanym wypełniony!!!
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt      


Dzień czwarty - wtorek

Email
I kolejny dzionek przed nami cały - ciekawe czy deszczyk dziś będzie duży czy mały?
Cichym rankiem z nadzieją patrzyłyśmy na stan zachmurzenia (przy okazji przydybałyśmy kwiczoły na śniadanku pod naszymi oknami), ale wynik obserwacji pozbawił nas złudzeń: opalania dzisiaj też nie będzie. Ale zaraz się nam przypomniało - dzisiaj nam też przecież nie zależało, bo idziemy zwiedzać WNĘTRZA. No więc szybki przegląd pokoi - kto śpi a kto broi - i znów wszyscy grzeczni. Więc możemy wybierać się na śniadanie i zaraz potem szykować się do drogi - bo nasz BUSIK już czeka zniecierpliwiony. No ale my przecież mamy BARDZO WAŻNĄ RZECZ: KONKURS CZYSTOŚCI i BONUSIKI. Efekt taki, że ledwo, ledwo udało się nam zmieścić w kwadransie akademickim (chodzi o spóźnienie - a przecież punktualność jest .....) Na szczęście Pani Kierowca się nie gniewała.
Po drodze do Zakopanego tym razem nie widać gór - bo chmury je całe okryły szarą, gęstą zasłoną.
Pierwszym celem naszej dzisiejszej wyprawy był DOM NA OPAK. Już z daleka sprawiał dziwne wrażenie. Kiedy przeszliśmy za bramkę na małe podwórko przed DOMEM w naszych głowach już zaczęło dziać się coś dziwnego. A po wejściu do środka - świat zawirował, autobus na serpentynach, karuzela, pokład statku w czas sztormu -to chyba dobre porównania. Jednak śmiechów i okrzyków zdziwienia nie było końca i wszyscy zachwyceni pomimo niezachwycających doznań fizjologicznych ( BOŻE, CHYBA PUSZCZĘ PAWIA - śmiejąc się powiedział jeden z naszych Zielonoprzedszkolaków wychodząc z DOMU). Po tym przeżyciu trzeba było koniecznie ochłonąć.
Drugie śniadanie zjedliśmy popijając sokami ( co prawda trochę się polało, ale nasz cytowany już Zielonoprzedszkolak, który dziś powinien dostać miano ZŁOTOUSTEGO, stwierdził: NA SZCZĘŚCIE NIE POLAŁO MI SIĘ NA CZUŁE MIEJSCE! ) na tarasie KARCMY ZAPIECEK. Do soczków Szefowa podała nam niezliczone ilości małych ciasteczek maślanych. DZIĘKUJEMY!
Kiedy już minęły doznania z odwróconego domku, poszliśmy KRUPÓWKAMI  w kierunku PRZYRODNICZEGO MUZEUM TATRZAŃSKIEGO im Tytusa Chałubińskiego. Na parterze podziwialiśmy zbiory etnograficzne: wnętrze chaty góralskiej, narzędzia pracy, stroje ludowe codzienne i odświętne, sztukę - rzeźbę, obrazy na szkle, haft, użytkową obróbkę drewna. Ale prawdziwa przygoda czekała na nas na piętrze: spotkanie z dzikimi zwięrzętami mieszkającymi w lasach i na szczytach tatrzańskich - wilki, niedźwiedzie, rysie, lisy, jelenie, kozice, świstaki, łasice, kuny, orły, jastrzębie -czego tu nie ma! Jak przystało na PRZYRODNIKÓW- duże wrażenie zrobiło też na nas spotkanie ze światem roślin (bo przecież też tworzymy ZIELNIK). Niestety muzeum nie ma więcej pięter i w końcu wędrówkę trzeba było skończyć, a tu na świecie LEJNIE. Ale my mamy na szczęście dobre pelerynki, więc MOKRE nam nie tak straszne.
I całe szczęście, że to małe kapanie po nosach nikogo nie przestrasza, bo mamy tu jeszcze jedną rzecz do załatwienia (o wjeździe na GUBAŁÓWKĘ nie ma co marzyć, zresztą GIEWONT dziś całkiem znikł). No przecież musimy wysłać KARTKI!!!  i zdobyć PAMIĄTKI. I co??? Pomimo płaczącego nieba my zdobyliśmy wszystko czego nam potrzeba!!! Możemy więc wracać na obiad.
Początek obiadu spokojny, tylko gdzie niegdzie słychać zachwycone westchnienia: OGÓRKOWA. Natomiast drugie danie wywołało ogólne okrzyki: KLUSKI, KLUSKI Z DZIURKĄ! Pani ULa goszcząc nas ŚLĄZAKÓW co roku, postanowiła nauczyć się tej naszej regionalnej potrawy. Zaliczyła egzamin na 6: klusek zabrakło, tyle było dokładek. Z wrażenia nie zrobiono sesji fotograficznej upamiętniającej tę potrawę. No cóż, musi wystarczyć wyobraźnia. Ale sjesta jest konieczna i wystawienie brzuszków do góry niezbędne, tym bardziej, że wieczorkiem czeka nas ognisko.
O godzinie 18.30, ubrani jak należy ( zmiana obuwia, zmienia układ sił na półpiętrze, gdzie mieszkają nasze butki: odstawione przedtem KALOSZKI znowu górą, a raczej przodem!), powędrowaliśmy do OGNISKOWEJ ALTANKI ( O ŻYWY OGIEŃ! ) Tu przy śpiewach i pląsach zjedliśmy smakowitą kiełbaskę, grzanki z chlebka z serem i... OPIEKANE PIANKI - to taki rarytasik. Jednak wszystko przemija i w końcu musieliśmy zaintonować starą jak świat: OGNISKA JUŻ DOGASA BLASK... i przesłać DOBRANOCKOWĄ iskierkę, i powędrować do kąpieli. Niektórzy co prawda UPRASZALI, że mecz ... i koniecznie trzeba ... Ale jutro musimy dobrze wstać, sprężyć się  i nie splamić HONORU i wsiąść do BUSIKA na czas!!! ( więc idąc na kompromis oglądaliśmy pierwszą połowę - niestety bramki wpadły potem :(  - ale przynajmiej pachnący czystością, wszyscy przytulili się do swoich poduszek z czułością i zapadli w błogi sen. DO JUTRA! A jutro: PIENIŃSKIE  ZOBACZYMY CUDA, JAK SIĘ NAM POGODA CHOĆ TROCHĘ UDA
!
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt      

Dzień trzeci - poniedziałek

Email
Dziś dzień bez niespodzianki - nie zawsze mamy słoneczne poranki! 
Ale przecież małe opady były na dzisiaj zaplanowane, bo wybieramy się na basen. Jednak żeby się wybrać - trzeba najpierw wstać. Na zegarze 7.45 a tu w pokojach niepokojąca cisza, ale zaraz wszystko się wyjaśniło: jeden pokój cały pogrążony we śnie, w drugim ostro i  cicho grają w karty (może nawet się nie kładli???) w kolejnych kwitnie twórczość plastyczna, a na samej górze teatry dwa: w jednym lalki główne role grają, a w drugim kucyki się ścigają ... A wszystko z taktem i w przykładnej półciszy - nikt nic nie usłyszy. A wszystko przez WIELKI KONKURS i specjalne BONUSY za poranne zachowanie ( kluczem jest właściwa motywacja). Szybkie śniadanko kółkowe ( takie były chrupki miodowe) porządeczek na 6 z BONUSIKIEM i już wyjeżdżamy na baseny naszym żółciutkim BUSIKIEM.
Ależ tu się w Białce zmieniło: parking bliziutko wejścia, więc mżawka nam nie przeszkadza. Po ekspresowym wręcz pobycie w szatni, przeszliśmy na pięterko do STREFY GŁOŚNEJ i zameldowaliśmy się u WAŻNEGO PANA RATOWNIKA i już mogliśmy przejść na WODNY PLAC ZABAW. Niektórzy od razu wypatrzyli wyjątkową atrakcję: spadające kaskady wody z przechylających się kubełków wypełnionych wodą. Inni preferowali BICZE WODNE lub KULISTY WODOTRYSK, albo spacery podwodne - a wszystko w miłej temperaturze wód termalnych. Ale to nie koniec wodnych atrakcji: czekały na nas jeszcze ZJEŻDŻALNIA RODZINNA, PONTONOWA I ANAKONDA ( te dwie ostatnie niestety tylko dla starszych dzieci - jest więc argument, żeby przygotować się do wyjazdu za rok) Była jeszcze TURBO ( szybko i koniec) ale to już tylko dla dorosłych. Ponad dwie godziny minęły w oka mgnieniu - koniec zabawy i czas na ostatnie ablucje pod prysznicem. Potem już tylko ubieranie, suszenie, coś czekoladowego na wzmocnienie i możemy wracać na obiad.
Na obiedzie zaskoczenie: zabielana zupa jarzynowa z kalafiorem, brokułami, brukselką, ziemniakami i marchewką początkowo wywołała rezerwę, ale okazała się wyśmienita. Drugie danie też nieznane: ryż z potrawką drobiową, a w niej zielony groszek - też pyszne. Basen jednak wymęczył i konieczna była poobiednia sjesta - jednak bez przesady! Dużo leżenia nie było! Kiedy nadszedł czas podwieczorku - znowu niespodzianka: truskaweczki (pytanie przyrodnicze: dlaczego truskawki mają czubek niedojrzały i gdzie truskawka ma pestki?). Pomimo pytań, truskawki obiektywnie były pyszne i znikały jedna za drugą. A potem czas na najważniejsze zadanie na wyjeździe: pamięć o tych co w domu zostali, czyli pisanie pozdrowień do RODZICÓW, RODZEŃSTWA, BABĆ, DZIADKÓW, CIOĆ i ... WSZYSTKIM DUŻYCH I MAŁYCH W NASZYM PRZEDSZKOLU. Może jutro uda się nam wrzucić te listy do skrzynki ( o ile nie zapomnimy o zabraniu listów ze sobą na jutrzejszą wyprawę: TRZYMAJCIE KCIUKI ZA NASZĄ PAMIĘĆ!)
Po tej trudnej pracy należy się nam nagroda: DYSKOTEKA PRZED KOLACJĄ ( w przerwie kolacja: zapiekanki okazały się smakołykiem niesamowitym. Pani ULI w końcu zabrakło bułek i zapiekała chleb, który też miał wzięcie). Po przerwie ciąg dalszy DYSKOTEKI PO KOLACJI - no bo na świecie co prawda nie LEJNIE ale MŻAWO, ale spacer na mokro to nie to, o czym byśmy marzyli. Więc tańczymy i się bawimy aż do końca dnia. A, że o wielu rzeczach dzisiaj pamiętaliśmy i musimy pamiętać na jutro - to dziś zdobyczą do naszego HERBARIUM  był znany wszystkim kwiatek, który rośnie nad rzeczką ale też pod oknami naszego domku: na zielonej łodyżce niebieskich małych płateczków 5 i żółciutkie oczko w środku świeci. Co to? - to już wiedzą wszystkie DZIECI! Do jutra!
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt  


Dzień drugi - niedziela

Email
Pod powiekę wtargnął jasny promień słońca -czy to jawa, czy sen bez końca? Okazało się, że rano, raniutko było słonecznie choć nie cieplutko.
Wizyta w pokojach o godz. 6.30 wykazała zróżnicowany stan poboru snu. Od śpiących snem kamiennym, poprzez śpiących na niby, po bawiących się w najlepsze rannych ptaszków. Po porannych zabawach fryzjerskich ( dotyczy to tylko dziewczynek - a ile ich mamy, to każda ma włoski do splatania) dotarliśmy na śniadanko. Dziś zwyczajna zupa mleczna z płatkami i kanapki, ale dobry apetyt dopisuje nadal. Podczas śniadania uroczyście został otwarty WIELKI KONKURS CZYSTOŚCI. Każdy pokój wymyślił dla siebie nazwę ( miała być przyrodnicza ) i przygotował wizytówkę. A potem WYSOKA KOMISJA dokonała oceny porządku w pokojach ( stan łóżek, rzeczy w szafkach i takie tam różne), przyznano także dodatkowy BONUS  za poranne koleżeńskie zachowanie ). Nooooo .... Brawo! WYSOKA KOMISJA była zachwycona. A słoneczko świeciło nadal, więc uzbrojeni w pelerynki ruszyliśmy na 11.00 do Poronina, a właściwie na cmentarz w Poroninie, gdzie od czerwca odprawiane są Msze św. polowe. Zajęliśmy honorowe miejsce tuż pod ołtarzem, Zachowanie naszych Zielonoprzedszkolaków zasługuje na największe BRAWA. Nie uszło to uwadze księdza, który serdecznie pozdrowił naszą grupę po Mszy.
W drodze powrotnej chcieliśmy zwiedzić Park w Poroninie, w którym i rzeźby regionalne, i kamienny mostek, i wabiące nas urokliwe stado stokrotek, i plac zabaw, ale tego dobrego byłoby już za dużo - pojawiły się drobne opady, które miały szanse zamienić się w opady ciągłe. Więc wykazując się sprawnością i samodzielnością, szybciutko ochroniliśmy się pelerynkami i raźnym krokiem powędrowaliśmy do Zielonoprzedszkolnego domu ( zdążyliśmy jednak zebrać kolejne okazy do naszego pamiątkowego HERBARIUM: na wysokiej łodyżce, owalne wycinane listki, żółciutki środek a wokół korona białych płatków: co to?).
Jak tylko weszliśmy do domu, zaatakowały nas niesamowicie smakowite zapachy. Zgłodniałe towarzystwo bez zbytecznych zaproszeń pojawiło się więc w jadalni. Dziś smakowitości ciąg dalszy: domowy rosół z makaronem ( moja babcia taki gotuje!) a na drugie pałeczki z kurczaka i nieznajoma surówka marchewkowa z jogurtem. Niektórym bardzo przypadła do gustu. Po obiedzie chwila poobiedniej ciszy, a kiedy wybiła godzina 15.00 przed domem pojawił się nasz  żółciutki transportowiec - oznaka, że czeka nas jakaś wyprawa. Ale dokąd? NIESPODZIANKA!  Dzień Dziecka Ciąg Dalszy: idziemy do kina. Skoro pada - nie będziemy siedzieć na miejscu. Tym bardziej, że w tutejszym kinie GIEWONT można zobaczyć film bardzo tematycznie związany z naszą PRZYRODNICZĄ SPRAWNOŚCIĄ: Tajemnica Zielonego Królestwa. Pogoda jest dla nas łaskawa, bo okazało się, że w Zakopanym jednak chwilowo nie pada i możemy się przespacerować przez Park u podnóża GIEWONTU. Ha! Chmury nawet odsłoniły nam jego nochal z krzyżem, a pani Gabrysia z poświęceniem prezentowała na trawniku sposób w jaki STARY GIEWONT śpi, oczekując na przebudzenie! Jednak, żeby nie było nam żal, kiedy wchodziliśmy do kina, znowu się rozpadało. Przygody broniących życia lasu Liściaków bardzo nas wciągnęły i nawet nie zauważyliśmy kiedy minęło aż półtorej godziny i film dobiegł do końca. Czas wracać na kolację. I znowu smakołyki: makaron z serem. Taka zwykła rzecz, a dokładkom nie było końca. Tymczasem chmury się podniosły i postanowiliśmy wybrać się jeszcze na wieczorny spacer. Uzbrojeni w kalosze, pełni werwy i energii, niektórzy zamienili spacerowanie na bieganie, a niektórzy zarażeni PRZYRODNICZYMI zainteresowaniami, przeczesywali wzrokiem okoliczne łąki w poszukiwaniu nieznanych okazów roślinnych. Jednak daleko nie dane nam było powędrować. Raptem do granicy lasu i ... w tył zwrot, bo znów krople wody na nosie. Ale nic straconego! Las nie zając - nie ucieknie, a pogoda podobno ma się poprawić. Jeszcze mała chwilka na POGODNY WIECZÓR NA ZŁOŚĆ DESZCZOWI, czyli wspólne śpiewy przy gitarze, i po dobranockowej iskierce idziemy spać. Bez mycia??? No nie, nie tak całkiem - ale skoro jutro będziemy się moczyć w basenie, to dziś tylko podstawowe zabiegi higieniczne. Przecież CIĄG DALSZY DNIA DZIECKA NASTĄPIŁ. Cichej nocy do cichego poranka!
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt  


Dzień pierwszy - sobota

Email
No i zaczęło się!!!
Nadszedł długo oczekiwany poranek 1 dnia czerwca i oto przed naszą JEDENASTKĄ  na Czystej pojawił się żółciutki jak dojrzały banan 30 osobowy BUS. To ON zawiezie nas na tygodniowe szaleństwo u stóp GIEWONTU. Po gruntownym sprawdzeniu Busika i Kierowcy, próbujemy się wepchnąć ze wszystkimi bagażami do środka, wepchnąć wszystkie Dzieciaki i wypchnąć wszystkich Rodziców, którzy jeszcze ostatni raz musząprzytulić, dać ostatniego buziaczka ... Ale się udało! Pojechaliśmy! Za zakrętem, zawartość Busika zapomniała o machających Rodzicach i zajęła się uatrakcyjnianiem autobusowej podróży. Trochę się dłużyło i nużyło, bo Busik choć MERCEDES nie miał DVD i nie mogliśmy mierzyć czasu bajkami.

Kiedy już wszystkim zaczęło burczeć w brzuszkach zorganizowaliśmy postój i zaspokoiliśmy głód świeżutkimi pączusiami z czekoladą (SERDECZNE PODZIĘKOWANIA DLA SPONSORA!!! Jakie to było dobre!) No i mogliśmy pojechać dalej. A dalej już było ciekawiej, bo zaczęły pojawiać się górki, najpierw niewysokie i zielone, a potem skaliste z resztkami śniegu. Szczęście nam dopisało, bo tatrzańskie chmury nie osiadły całkowicie na tatrzańskich szczytach. Odsłoniły je dla nas w swojej łaskawości. Dobrze, że Kierowca to Zakopiańczyk, bo bezbłędnie skręcał tam gdzie trzeba i PĘDZIKIEM wspięliśmy się pod domek Pani ULI. "Ale fajny domek ma ta PANI" - zachwyciły się dzieci.

Sprawnie i pokojowo podzieliliśmy się pokojami, i spokojnie zaczęliśmy się rozpakowywać. Zdążyliśmy idealnie - akurat Pani Ula woła nas na obiad. Na pierwsze: (chyba po znajomości) najlepsza zupa na świecie, czyli POMIDOROWA. Na drugie: kotlet schabowy z ziemniakami i mizerią (niewiarygodne, ale kotlety monstualnych rozmiarów systematycznie znikały z talerzy w brzuszkach naszych Przedszkolaków). I przebój obiadu: najlepszy na świecie kompot ( ciekawe co Pani Ula robi z tym kompotem, że podobno jest lepszy niż w Przedszkolu???)

Po maluśkim odpoczynku idziemy na spacer. I nadszedł czas na pierwsze zadanie przyrodnicze. Na małym skrawku przydrożnej łączki żółciły się ( to dzisiaj nasz ulubiony kolor) kwiatki na długich łodyżkach, o 4 lub 5 płatkach, rozłożyście rozkładających swoje łodyżki, listki i kwiatki. Zgadnijcie co to? Każdy musiał zerwać delikatnie po jednym kwiatku i ofiarować Pani Gabrysi, która przygotuje je do suszenia. To bedzie pierwszy okaz w naszym HERBARIUM. Oczywiście kwiatów i innych ciekawych roślin po drodze było co niemiara - OGRÓD BOTANICZNY. Ale całej łąki zebrać się nie da. Zresztą jak na PRZYRODNIKÓW przystało, szanujemy przyrodę!

Wracamy do domu! A tu chmury wysko - nie marnuje się takiej okazji. Zostajemy na placu zabaw. Chłopcy oczywiście od razu rozgrywają mecz na boisku. Potem kolacja: takiego pasztetu, sera, pomidora a przede wszystkim chleba nie ma w Chorzowie, o nie! Po DOBRANOCCE nie ma wolnego: zabieramy się za KODEKS ZIELONEGO PRZEDSZKOLA. A że wszyscy doskonale wiedzą, jak się należy właściwie zachowywać - nie tylko od święta, rysowanie poszło MIGIEM. Zostało nam więc trochę czasu i DYSKOTEKA NA DOBRY POCZĄTEK zmieściła się w dzisiejszym rozkładzie dnia. Ale potem już prędziutka kapiel i bajeczka z klejącymi oczami, i ostatnie zadanie na dzisiaj: DOBRYCH SNÓW!!!
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt