Przedszkole nr 11 w Chorzowie

Dzień siódmy

Email
DUSZEK ZIELONEJ NOCY nie zmarnował!
Jak to ma w swoim zwyczaju zajął się robieniem wesołych figielków. W tym roku postawił na działalność artystyczną - w ten sposób wpisał się tematycznie w nasze WARSZTATY ARTYSTYCZNE: dziewczynki miały twarzowe kropeczki, a chłopcy mężne blizny, a dla wszystkich były CUKIERKOWE KWIATY  na osłodzenie pożegnania z ZIELONYM PRZEDSZKOLEM.
SEN OSTATNI trwał do 7.30 - aż Pani ULA przyszła się na piętro zapytać, na którą my dzisiaj zejdziemy do jadalni, bo tak cicho, a Ona chce wstawiać jajecznicę. Zeszliśmy na 8.30, ale wcześniej wszyscy się upewniali, czy inni też mają takie arcydzieła na twarzy i snuli dociekania, skąd one się wzięły.
Po śniadaniu (mleczna zupka, jajecznica i kanapeczki) trzeba było pozbierać do końca swoje manatki, sprawdzić wszystkie kątki i opuścić swoje pokoje. Spotkaliśmy się na ŚWIETLICY w bardzo WAŻNEJ SPRAWIE: TURNIEJ CZYSTOŚCI BĘDZIE ROZTRZYGNIĘTY!!! Co prawda od wczesnego poranka wszyscy już wiedzieli jakie są ostateczne wyniki - bo przecież tabela punktacji była jawna, ale trzeba to OGŁOSIĆ WSZYSTKIM I OFICJALNIE USTALIĆ WERDYKT. Różnice punktowe były minimalne! Nagrodą za zajęcie I MIEJSCA była możliwość dokonania PIERWSZEGO WYBORU WESOŁEJ ZABAWKI. (itd). 
Na czas przenoszenia naszych TOBOŁKÓW zaprosiliśmy wszystkich po raz ostatni do KINA DOMOWEGO. No a potem to już tylko OBIADEK: ulubiona zupa pomidorowa z ryżem i kluseczki leniwe z cukrem - nawet nie dopytywaliśmy Pani ULI ile razy musiała dogotowywać kolejne porcje, talerze tylko płynęły po jadalni z nowymi dokładkami. Uczywiście podziękowaliśmy GOSPODYNI za całe pyszne jedzonko i nie tylko!
Teraz już tylko odliczamy minuty do przyjazdu MINIBUSÓW - no i się doczekaliśmy. Dzisiaj musimy się sensownie podzielić na dwa środki transportu: więc jedzie BIAŁY BUSIK DZIEWCZĘCY I CZERWONY BUSIK CHŁOPIĘCY - łatwiej odnajdziecie swoje POCIECHY! A ile będzie UCIECHY jak już zobaczycie swoje UŚMIECHY!!!
Na tym koniec naszej ZIELONOPRZEDSZKOLNEJ PRZYGODY! Podróż minęła spokojnie, bez przykrych niespodzianek i ze sprawnym mijaniem BRAMEK. Pa!
A za rok o tej samej porze, ZIELONE PRZEDSZKOLE znów zdarzyć się może - przynajmniej dla niektórych!

P.S.1
DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM RODZICOM za ODPOWIEDZIALNOŚĆ i zastosowanie do naszych wskazówek, dotyczących właściwego ustawienia samochodów, które niewątpliwie ułatwiło nam wjazd na ulicę pod Przedszkolem.
DZIĘKUJEMY też za ODPOWIEDNI RODZINNY PODZIAŁ dzięki czemu WASZE SPOTKANIE Z DZIEĆMI przebiegło nadzwyczaj sprawnie

P.S.2
DZIĘKUJEMY
za okazanie ogromnego ZAUFANIA dla NAS - NAUCZYCIELI, w naszą życiową mądrość, kompetencje, zaangażowanie, dobrą wolę, oddanie i odpowiedzialność.
DZIĘKUJEMY za WASZĄ ODWAGĘ, aby często po raz pierwszy wypuścić swoje dziecko spod skrzydeł RODZICIELSKIEJ OPIEKI. DZIĘKUJEMY  za przyzwolenie na SAMODZIELNOŚĆ DZIECI -  aby w tych czasach kiedy dzieci są wspaniale wyedukowane, szybko czytają, liczą, mówią obcymi językami, korzystają z komputerów ..., a mają problemy z samodzielnym jedzeniem, ubieraniem się, organizacją i przestrzeganmiem porządku, przewidywaniem konsekwencji swojego postępowania, dokonywaniem wyborów, przepraszaniem, godzeniem się na kompromisy - mogły przeżyć PRAWDZIWY TRENING SAMODZIELNOŚCI i WSPANIAŁĄ PRZYGODĘ,  która - mamy nadzieję- pozostanie w ich pamięci na długo jako MAGICZNE WSPOMNIENIE z lat przedszkolnych.
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień szósty

Email
No ... to się nam wczoraj nieco grillowanie przedłużyło - więc dziś się nieco przedłużyło spanie i przesunęło śniadanie. Ale już do BUSÓW byliśmy zwarci i gotowi (jak ktoś napisał w komentarzu) we właściwym czasie. Pojechaliśmy na umówione spotkanie do Gimnazjum i Liceum Plastycznego w Zakopanem.  W znanym KENARZE przywitał nas WICEDYREKTOR - MAREK KRÓL, a bardzo zajęty DYREKTOR - STANISŁAW CUKIER pokiwał nam przelotem ze schodów (nie mówiąc o ciastkach w gabinecie Pani WICEDYREKTOR). Przeszliśmy razem z Panem Dyrektorem po korytarzach wypełnionych pracami dyplomowymi uczniów. Co ciekawe to nie tylko rzeźby i obrazy, ale codzienne wyposażenie wnętrza szkoły: ławki, krzesła, stoły, szafy, półki - czyli sztuka użytkowa. Wstąpiliśmy do kilku klas na zajęcia. Wszędzie wzbudzaliśmy wielką sensację ( i radochę, że lekcje mijają tak ciekawie :)) Musieliśmy śpiewać piosenki, opowiadać skąd jesteśmy, o naszym przedszkolu i  pobycie na Zielonym Przedszkolu, o naszych WARSZTATACH ARTYSTYCZNYCH. My też o wiele rzeczy pytaliśmy, wiele szczegółów nas interesowało. Na lekcji rysunku mogliśmy przyglądać się jak uczniowie szkicują postać w ruchu, oglądaliśmy zeszyty ze szkicami, a w pracowni rzeźby spotkaliśmy Siostrę zakonną, która przychodzi od trzech lat na zajęcia do szkoły jako wolny uczeń i uczy się po kolei we wszystkich sekcjach szkoły: rzeźby, meblarstwa, grafiki medialnej i budowy instrumentów (jako jedyna szkoła w Polsce). Siostra pokazała nam różne dłuta do rzeźby w drewnie i dała potrzymać swój drewniany młotek do podbijania dłutek - oj ciężki był. Takie rzeźbienie to jak trening na siłowni. Wszystko tu było ciekawe, każdemu podobało się co innego, każdy chciał zapytać o co innego. Pan Dyrektor zachęcił nas, aby po powrocie do domu dzieci narysowały WSPOMNIENIE Z TATR i żebyśmy te nasze prace im posłali. Takie dostaliśmy fajne  ZADANIE DOMOWE!
Niestety nasza wizyta musiała się skończyć - bo czas na obiad. W drodze do BUSU oglądnęliśmy WILLĘ KOLIBĘ - najstarsząwillę w Zakopanem autorstwa Witkiewicza oraz zabytkowy kościółek - pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej na Pęksowym Brzyzku - najstarszy drewniany kościółek w Zakopanem. Chcieliśmy jeszcze iść na stary cmentarz, który wypełniony jest niepowtarzalnymi dziełami sztuki wykonanymi w drewnie, kamieniu, metalu, kapliczkami, krzyżami, aniołami ... ale oczywiście rozpadało się na dobre. Ale nic to - na pewno tu kiedyś wrócimy!
Na obiad wróciliśmy prawie na czas ( pyszny krupnik, zniemniaki z mielonym i wyśmienitą mizerią ), a po obiedzie tylko chwila PODUSZKOWANIA i już trzeba się przygotować do wyjazdu na basen. Całe szczęście wszyscy mamy przygotowane WORKI BASENOWE i nie ma kłopotu (DZIĘKUJEMY!!!). Tylko arbuz na podwieczorek owocowy i już w deszczu wsiadamy do BUSÓW.
W Białce niewiele ludzi, przebieranie poszło nam sprawnie i już staliśmy w gromadce przed RATOWNIKIEM, udzielającym nam REGULAMINOWEGO INSTRUKTARZU. No i w wodzie przez następne 2 godziny. Niektórzy się pluskali, skakali, korzystali z masaży wodnych, zjeżdżali ze zjeżdżalni jednej i drugiej, a niektórzy po prostu z radością się moczyli w ciepłej termalnej wodzie.  Część końcowa, czyli mycie, suszenie i ubieranie też poszło nam zgrabnie - zmieściliśmy się wszyscy w czasie, nikt nic nie zgubił (okaże się w Chorzowie) ... ale wszyscy byli okropnie głodni. Całe szczęście, że zawsze zabieramy ze sobą ekwipunek ratujący głodne żołądki! Wszyscy też chyba jednak byli okropnie wymęczeni tym wodnym szaleństwem, bo w obu MINIBUSACH zapanowała cisza, spokój i ... wszyscy wpadli w OBJĘCIA MORFEUSZA. Jednak nie na długo  (Choć proponowaliśmy Kierowcom, żeby powozili nasze śpiące PRZEDSZKOLAKI dookoła na trasie PORONIN - BIAŁKA, tak żeby się dobrze wyspały) - senność odeszła, kiedy tylko na talerzach KOLACYJNYCH pojawiły się tajemnicze torebeczki z HOT-DOGAMI - to ci frajdę zrobiła Pani ULA na ostatnią kolację. No a teraz ostatni punkt planu na dziś:  WSTĘPNE PAKOWANIE ( a jutro się tylko dopakujemy). Mamy tylko nadzieję, że nie pomieszamy za dużo rzeczy i że wszystkie ewentualne pomyłki zostaną nam wybaczone!!!
Jak dobrze, że jesteśmy już wykąpani na zapas ... i JUŻ TYLKO OSTATNIA APTECZKA I JUŻ OSTATNI RAZ DO ZIELONOPRZEDSZKOLNEGO ŁÓŻECZKA!:)
P.S.

A ZIELONA NOC?
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień piąty

Email

Ale nam się dzisiaj UDAŁO!
UDAŁO się nam znowu wszystkim ładnie pospać do 7.00, bo ci co wsześniej wstali znowu się pięknie zachowali i ci inni sobie pospali.
UDAŁO się nam przepyszne śniadanie zjeść: zupa mleczna z czekoladowymi kulkami, które magicznie zamieniały mleko w kakao, a do tego przebojowe kanapki z białym twarożkiem i brzoskwinią. Pychotka!
UDAŁO się nam tak dobrze posprzątać pokoje, że zostały uwiecznione na zdjęciach. UDAŁO się nam też poskromić ok. 129 par butów, z czego największe ich zgromadzenie na drugim piętrze prezentuje się rewelacyjnie na zdjęciu!
UDAŁO się nam skutecznie zmienić plany na dzisiaj - zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Zakopanego (choć poranne słońce wyglądało zachęcająco - ale jakoś podejrzewaliśmy podstęp w tym jego wyglądzie) i postanowiliśmy zostać w naszym Zielonoprzedszkolnym ogrodzie. Tym bardziej, że dotarła do nas paczka z nowym sprzętem sportowym i była doskonała okazja, żeby go wypróbować -  co się nam też UDAŁO. Więc jak tylko byliśmy gotowi po śniadaniu, wyszliśmy na plac zabaw.
UDAŁO się nam wszystkich zadowolić: odbył się mecz piłkarski, ulubione skoki przez "sznura", zabawy w piaskownicy, w małpim gaju, rysowanie kredą i wesołe hasanie po trawie ... i co kto chciał:  kwiatków poznawania (na płytce zgromadzimy fotograficzny zielnik ze skalniaków pani ULI) ... i obłoczków, chmur, chmurek i chmurzysk oglądanie. W ciągu 2 godzin chyba ze trzy razy wychodziliśmy na dwór z całym dobytkiem, potem co sił w nogach pakowaliśmy wszystko i uciekaliśmy do domu na bajkę do przeczekania, żeby po chwili znów cały dobytek wynosić na podwórko - ale UDAŁO się nam nie zmoknąć prawie ani razu!. Wyglądało to dla kogoś patrzącego z boku może na jakieś ćwiczenia ewakuacyjne z zakresu p.poż - ale nikt się nie skarżył - po prostu - pogodzie dzisiaj UDAŁO się nas rozweselić.
Przed samym obiadem, w czasie kolejnego momentu błękitnego nieba nad naszymi głowami, UDAŁO  się nam zorganizować WARSZTATY ARTYSTYCZNE -  i w plenerze rysować nasz ZIELONOPRZEDSZKOLNY DOM - efekty zobaczycie w swoich domach po naszym powrocie.
UDAŁ się nam przepyszny obiadek: zupa ogórkowa, którą przecież wszyscy uwielbiamy, a na drugie danie ryż z potrawką z kurczaka w stylu bardzo łagodnie orientalnym, który o dziwo cieszył się popytem nieprzewidywalnym.
UDAŁO się nam przed wyjazdem do KINA zobaczyć do końca film, który w odcinakch oglądaliśmy dzisiaj w charakterze przeczekiwania deszczu ( bo chwilowo znowu padało) i ... UDAŁO się nam zdążyć na czas do BUSÓW i dojechać na czas na nasz seans filmu RIO 2 w wersji 3D. Okazało się, że nie wszyscy już byli na filmie trójwymiarowym i trochę obawialiśmy się ich reakcji - ale wszystcy byli zachwyceni okularami na nosie ( nawet ci, którzy już mieli w plecakach okulary przeciwsłoneczne i UDAŁO się nam ich namówić na jeszcze jedną parę).
Wracając do domu, napotkaliśmy na drodze przed samym pensjonatem, stojący w poprzek drogi autokar, w którym coś się postanowiło popsuć - i musieliśmy resztę drogi pokonać spacerkiem - ale się nam UDAŁO pokonać zgrabnie i sprawnie tę przeszkodę. A, że od rana się nam tak wszystko UDAJE - to korzystając z UDANEJ pogody - zostaliśmy na podwórku, zjedliśmy owocowy podwieczorek - nektaryny, które znów cieszyły się niebywałym powodzeniem.
HA! Jeszcze jedna rzecz nam się UDAŁA - znowu wypadł jeden mleczny ząbek (to już chyba trzeci). Tym razem wypadł niespodziewanie i zaginął w trawie!!! Zmartwienie ogromne - bo co oddać ZĘBOWEJ WRÓŻCE POD PODUSZECZKĘ??? Ale się UDAŁO - i ząbek się odnalazł!!! W trawie!!! Niewiarygodne!! BRAWA dla MICHAŁA ZNALAZCY!
No i dalej nam się UDAWAŁO - wciąż nie padało, choć chmury znów zbierały się ciekawe - i mogliśmy się nadal bawić w ogrodzie, aż Pani ULA oznajmiła, że UDAŁO się jej przygotować dla nas grillowane kiełbaski i mogliśmy rozpocząć nasze OGNISKO W ALTANCE!
Ale się nam ono UDAŁO! Wszystkie kiełbaski się zjadło, cały chlebek z serem ( i bez się też) i nawet się pośpiewało gromko i radośnie jak w piosence: DALEJ WEOSŁO NIECH POPŁYNIE GROMKI ŚPIEW (zaśpiewajcie sobie w domach - może się Wam też UDA!). 
A na koniec tego ogniskowego spotkania UDAŁA  się nam OGNISKOWA ISKIERKA PRZYJAŹNI i mocno związani "W NITKĘ" - bo wokół już ciemna noc (a przecież księżyca nie widać, bo w nowiu, a gwiazd też nie ma, bo w chmurach) UDAŁO  się nam dojść bezpiecznie do domu, do łazienek, do apteczek, do łóżeczek, do spania i chrapania!
A...  buty też nam się znów UDAŁO poskromić ( dzięki WIKTOROWI!)

alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień czwarty

Email
Dzisiejszy dzień okazał się być DNIEM CZTERECH ODSŁON GIEWONTU...
Ale wszystko po kolei. Poranek okazał się bardzo przyjazny dla lubiących dłużej pospać, bo jakoś większość (zdecydowana) sobie dłużej pospała. Kolejna przyjemność to pogoda - jakoś więcej słońca zdecydowanie niż zapowiadano - ale to może magiczna moc WASZYCH ŻYCZEŃ.
Po kolejnym pysznym śniadanku (zestaw widać na zdjęciu) znów odnieśliśmy SUKCES - wszystkie pokoje uzyskały maksymalną ilość punktów w naszym WIELKIM TURNIEJU, a przy tym - byliśmy przed czasem gotowi i czekaliśmy na BUSY, które dziś miały dostawić nas do ZAKOPANEGO.
Do STOLICY TATR dojechaliśmy bez problemu, bez korków, bez przygód lokomocyjnych - zabezpieczenia działają! A na dodatek pięknie nam się prezentował GIEWONT  w swojej, jak się potem okazało PIERWSZEJ ODSŁONIE: nieco zamglony, ale w całym swoim majestacie i górujący nad Zakopanem.
Spokojnie doszliśmy do stacji dolnej Kolejki Górskiej pod Gubałówką. Jednak nieco nam się miny zmieniły na widok kilku długich kolejek do wejścia i sporego tłumu oczekujących, ale wszystko odbyło się sprawnie i w miarę szybko. Nawet nikt nie protestował, kiedy stanęliśmy prowokująco tuż przy wejściu, żeby dzieci nie musiały moknąć -  bo się nieco ulało małemu deszczykowi. Wtedy GIEWONT ukazał się nam w swojej DRUGIEJ ODSŁONIE - po prostu znikł!!!  Ale ... bilety już były kupione, decyzje podjęte - JEDZIEMY W GÓRĘ - najwyżej od razu zjedziemy W DÓŁ, Niektórzy nieco się martwili widząc, jak z naprzeciwka zjeżdża z góry wagonik taki sam jak nasz i tak samo rozpędzony - uratował na rozjazd! :). Po drodze ze zmartwionymi minami obserwowaliśmy też rozwój wypadków pogodowych - deszcz przybierał na sile i już nie ukrywał, że leje ile się da. My na to ze spokojem, po wyjściu z kolejki, wprawnymi już ruchami - poukrywaliśmy się pod naszymi pelerynkami. Chwilkę postaliśmy, wzmocniliśmy się słodkimi dodatkami, po czym okazało się, że powoli, acz zdecydowanie deszcz przestał padać. Ruszyliśmy zatem wzdłuż dolnej alejki spacerowej - i tu GIEWONT UKAZAŁ SIĘ NAM W TRZECIEJ ODSŁONIE: powoli odsłaniała się jego leżąca postać. Tylko pojedyncze szare chmury ukrywały jeszcze brzuch i wydatny nochal słynnego RYCERZA.Korzystając, że deszczu chwilowo nie było - zjedliśmy II śniadanie. I od razu poprawił się też widok na GIEWONT, który ukazał się nam w swojej CZWARTEJ ODSŁONIE tego dnia:wyraźnie i z detalami widać było całą jego postać. Nadarzyła się okazja aby dokładnie przeanalizować całą sylwetkę fotogenicznej  góry. Tym razem z powodu aury, nikt nie służył jako eksponat i nie musiał kłaść się w pozycji horyzontalnej, aby dogłębnie zaprezentować wszystkie detale sylwetki leżącego GIEWONTU. Nasze obserwaje nie trwały jednak zbyt długo - bo deszczyk powrócił. Całe szczęście, że mogliśmy się schronić pod parasolami reklamowymi znanego napoju. Tutaj posililiśmy się III śniadaniem - bo  jak wiadomo, na świeżym powietrzu szczególnie dopisuje APETYT. Kiedy tym razem deszcz zrobił sobie przerwę - ruszyliśmy w dalszą drogę alejką spcerową w kierunku stacji górnej. Z wielką wprawą i spokojem przedostaliśmy się przez BRAMKI i już bez żadnych obaw wypatrywaliśmy nadjeżdżającego z naprzeciwka wagonu kolejki: wiedzieliśmy o rozjeździe, i nie było zmartwienia - znów będziemy uratowani!
A tu na dole pod GUBAŁÓWKĄ niespodzianka: pełne słońce i upał! Więc sprawnie się porozbieraliśmy. Teraz czekała nas droga przez KRUPÓWKI  do MUZEUM PLUSZOWEGO MISIA. Po drodze tylko wzmocniliśmy się WARKOCZAMI -  oczywiście serowymi!!! Podziwialiśmy po drodze kuszące zawartości straganów - pamiątki, architekturę góralską Krupówek, dorożki ... i już staliśmy przed postacią wysokiego, eleganckiego Misia! Trafiliśmy do celu!
Panie w muzeum z radością zorganizowały nam spotkanie z niezliczoną ilością róznorodnych pluszowych - i nie tylko - MISIÓW. Czego tu nie było: maciupeńkie misie pluszowe, ceramiczne, plastikowe, obrazy, rysunki, naklejki, całe rodzinki misiowe, znane z bajek, misie znanych postaci, misie w różnych strojach, młoda para misiowa, domki do zabaw pełne misiów. Misie nawet dały nam koncert. Zabawa była SUPER! 
Do miejsca skąd miały nas odebrać BUSY dotarliśmy nieco wcześniej ... i postanowiliśmy rozłożyć się z naszymi WARSZTATAMI ARTYSTYCZNYMI... Zdążyliśmy jednak tylko wyjąć podładki, przygotować kartki, kiedy na papier spadły pierwsze krople: ZNOWU DESZCZ! I znowu akcja: UKRYJ SIĘ POD PELERYNĄ ( swoją drogą idzie nam to coraz sprawniej - chyba trzeba zmierzyć czas stoperem, bo może ustanowimy jakiś rekord światowy?!) 
Na obiad zdążyliśmy w sam raz. Dzisiaj przysmak wszystkich PRAWIE - pieczone pałeczki kurczaka (rekordowa ilość zjedzonych to 4). Potem czas na odpoczynek, utrwalanie GIEWONTU, i oczekiwane zabawy w swoich pokojach, i ... NIEZAPOWIEDZIANĄ NIESPODZIANKĘ: po truskawkowym podwieczorku DYSKOTEKA!!! W przerwie kolacja: ZAPIEKANA BUŁKA Z SEREM I KIEŁBASKĄ i CD NIESPODZIEWANEJ DYSKOTEKI, i opracowanie NIESPODZIEWANYCH UKŁADÓW TANECZNYCH ( może zobaczycie znowu coś ciekawego!!!
Oj zmęczeni byliśmy, rozbawieni, roztańczeni ... DZISIAJ TO JUŻ TYLKO APTECZKA, W POKOIKACH KRÓTKA BAJECZKA I ... ZNÓW HOP DO ŁÓŻECZKA.  
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień trzeci

Email
No to się nam udało :) Bardzo DZIĘKUJEMY za WSZYSTKIE PODZIĘKOWANIA!
Dla dzieci to też była niespodzianka - kiedy zobaczyły filmik w internecie. Radość wielką mamy, że mogliśmy ucieszyć MAMY!

A dziś jakoś trudniej się wstawało. Żadna tam 5.30! Jeszcze o 6.50 było cicho jak makiem zasiał! A przecież o 9.30 przyjadą po nas nasze BUSY! Ale znowu daliśmy radę, i nawet Panie zdążyły zorganizować sprawdzenie czystości w pokojach. Na razie w momentach kontroli jest zawsze super! Były też obowiązkowe leki:  te z CODZIENNEJ APTEKI  PRZEDLOKOMOCYJNEJ. Ale, ale - przecież najpierw było śniadanko, a dziś podano wyśmienite DANKO: paróweczki. Cieszyły się dużym BRANIEM! TAKIE TO BYŁO PYSZNE ŚNIADANIE.
I kiedy wchodziliśmy do busików okazało się, że mamy tylko 4 minuty spóźnienia - prawie nic, wię ruszyliśmy w drogę! A droga dziś zawiodła nas w kierunku PIENIN. Bardzo szybko zmienił się krajobraz. Już nie widzieliśmy wysokich skalistych szczytów, ale rozległe, soczysto - zielone łąki, pola, na których sianokosy w pełni... Z zaskoczeniem patrzeliśmy na drewniany dom z dachem pokrytym trawnikiem!!!
Kręciliśmy tymi drogami, poskręcanymi jak wstążki, aż zobaczyliśmy drogowskaz z napisem NIEDZICA ZAMEK. Nareszcie u celu! Okazało się, że wyznaczono nam zwiedzanie zamku na godzinę 12.00 - mamy więc ponad godzinę czasu ... Akurat tyle, ile potrzebujemy na rejs statkiem po Zalewie Czorsztyńskim. Niektórzy z obawą patrzyli na niebo - ale u góry błękitek, czysty - bez żadnej niepokjącej chmury. Pięknie przywitaliśmy się z Kapitanem, przeszliśmy po trapie, zajęliśmy miejsca na górnym pokładzie i ... ruszyliśmy! Niby nic, bo przecież cisza na morzu - nic prawie nie kołysze, ale emocje wielkie. Dzieci na początku z uwagą wysłuchały historii powstania Zalewu, budowy Zapory i jej roli podczas niebezpiecznych powodzi. Z lubością wystawiały twarze do słońca i przyjemnie ochładzającej bryzy. Opłynęliśmy Zalew niespiesznie dookoła, mijając po drodze nabrzeże z przystanią portową i ruinami Zamku w Czorsztynie (tam też dziś chcemy być!), tamę i mury drugiego Zamku NIEDZICKIEGO,  wyłaniajace się wprost z wody. Parę plusknięć wody i już trzeba przycumować, i zejść z pokładu. Ale nie ma czasu na jakieś tęsknoty i żale, że to już koniec. Za 10 minut mamy wyznaczone spotkanie w bramie ZAMKOWEJ! Dobrze, że z portu jest tak blisko! Jesteśmy przed czasem! Pani Przewodnik zadowolona, że jesteśmy tak zorganizowani! Wchodzimy na wewnętrzny plac zamkowy punktualnie o 12.00 - więc mamy pierwszą chyba w historii ZIELONEGO PRZEDSZKOLA okazję wysłuchania HEJNAŁU ZAMKU W NIEDZICY! I ruszamy! Przed nami najpierw lochy - furorę robi tu historia Janosika powieszonego za poślednie żebro i szukanie tego żebra u siebie! Nie mniej fascynująca jest legenda jakoby kręcenie palcem w dziurze po łańcuchu, który więził słynnego Zbójnika, powoduje spełnienie marzeń - Mikołaj twierdził z wielkim przekonaniem, że COŚ poczuł, ale .... nam nie powie marzenia! Prawidłowo, nie bądźmy tacy ciekawi, to jego prywatne sprawy. Nieco grozy budzi opowieść o Bolesławie i jego biednej żonie Brunhildzie, obecnie przebywającej na dnie zamkowej studni. Ale znaleźli się ŚMIAŁKOWIE,  którzy z wielkim zapałem wołali Bruhildę z tej czarnej czeluści. Potem już nie było takich strasznych historii, jedynie opowieść o dziwnym zwyczaju żegnania Gości zamkowych laniem łopatą chlebową w "tylną część ciała", wielkim pożarze, który strawił dach na dolnym tarasie, dziwnych portretach trumiennych, wodzących oczami we wszystkich kierunkach, tajemniczym skarbie Azteków zakopanym gdzieś na terenie Zamku, który nie został odkryty aż do dzisiejszegp dnia ... Na koniec tych rewelacji, mogliśmy się jeszcze wspinać po wąskich schodach z napisem: UWAGA ŚLISKO!!! na górny taras, skąd podziwialiśmy ruiny Zamku CZORSZTYŃSKIEGO ( tam też dziś chcemy być!). Żeby ostudzić nasze nieco rozchwiane emocje, udaliśmy się w kierunku ściezki prowadzącej na Zaporę, gdzie jak wieść niosła jest wiele małych domków z ciekawymi drobiazgami, a między nimi też taki ze zrozumiałym dla wszystkich napisem LODY.  A, że słoneczko ciągle nad nami i niebo pogodne -  to na CZEŚĆ NASZYCH MAM, GAŁECZKĘ LODÓW KAŻDY DZIECIAK ZJADŁ SAM!!!
Teraz mogliśmy iść na spokojnie pooglądać pojazdy w wozowni zamkowej. Najbardziej podziwianym powozem okazała się PATELNIA - ale to rzecz gustu! Teraz czas na obiad! Bo ten czas tak szybko i nieobiektywnie płynie, że to prawie juz po 14 godzinie. Więc opanowaliśmy szybko i sprawnie portowe ławeczki -  i tu skonsumowaliśmy nasze obiadowe bułeczki. A kto już się nasycił, mógł zabrać się twórczości artystycznej. Każdy zajął właściwe miejsce obserwacyjne i rozpoczęła się ARTYSTYCZNA PRACA.  Wzbudziliśmy zrozumiałe  zainteresowanie - ale obrazy wyszły wspaniałe! Moglibyśmy tak siedzieć, leżeć w nieskończoność, ale właśnie oba spacerowe statki wróciły ze swoich rejsów i to zmotywowało nas do poskładania akcesoriów plastycznych i ruszenia w dalszą drogę. Tylko .... nieco się zmieniła sytuacja pogodowa. Zaczęły się do nas zbliżać jakieś najpierw ciche, i coraz głośniejsze pomruki - zbliżała się burza. Na razie nie widać, ale słychać. Odbyła się szybka konsulatacja na najwyższym szczeblu i PION DECYZYJNY zadecydował, że najpierw pojedziemy z biegiem wzburzonego DUNAJCA zobaczyć SPŁYW I FLISAKÓW w KĘTACH,  ale przede wszystkim TRZY KORONY - wizytówkę PIENIN ( łatwiej się będzie ewakuować w przypadku ulewy) Jak postanowiono, tak zrobiliśmy! Mieliśmy okazję podziwiać jeszcze Zamek NIEDZICKI z drugiej strony tamy, wartki i bardzo wzburzony dziś nurt DUNAJCA, FLISAKÓW, którzy dziś nie mieli nic do roboty -  bo rzeka bardzo niebezpieczna. Dotarliśmy w końcu na koniec mapy i jak się okazało KONIEC POLSKI - do mostu granicznego w SROMOWCACH NIŻNYCH. Okazało się, że w międzyczasie pomruki burzowe gdzieś się oddaliły i zza chmurek wychyliło się nieśmiało słoneczko, więc postanowiliśmy podziwiać górujące nad nami imponujące TRZY KORONY nieco bliżej, czyli spod Schroniska TRZY KORONY. Obserwacje lornetkowe wykazały, że na platformie widokowej dziś nie było odważnych turystów, za to na polanie poniżej obserwowaliśmy REDYK - ogromne stado owiec. Podziwialiśmy także koniki z tutejszej stadniny i ... obserwowaliśmy lecącego czarnego bociana. No ale, czas biegnie nieubłaganie, więc musieliśmy się wpakować do naszych busików i WRACAĆ!  I tu się okaząło, jak dobrze zrobiliśmy! Najpierw spadły na nas w BUSIKACH pojedyncze wielkie krople. Potem powoli deszcz narastał, aż o dachy busów zaczęły dudnić, walić i tętnić strugi ulewy, która zamieniła się niebawem w małe gradobicie. Jednak, gdy tylko wyjechaliśmy na drogę w kierunku tatrzańskich szczytów - wszystko się uspokoiło i słonko znów pojawiło się na niebie.
W Poroninie Pani Ula już czekała na nas z przysmakami. Dziś na drugie danie NALEŚNIKI W WERSJI SEROWEJ I DŻEMOWEJ.
Po kolacji Gospodyni stwierdziła, że jesteśmy nieobliczalni - zjedliśmy  WSZYSTKO co przygotowała! 
Brzuszki się napełniły i pojawiło się zmęczenie. Widac w oczach wielką tęsknotę do oczyszczającej kąpieli po tym gorącym dniu i...  DO SNU! Więc po myciu, lekach i piciu - SZYBKA BAJECZKA - DOBRANOC I HOP DO ŁÓŻECZKA!        

 
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
e

Dzień drugi

Email
UWAGA! BEZWARUNKOWO KAŻDA MAMA ZANIM ZACZNIE CZYTAĆ DALEJ, MUSI TO ZOBACZYĆ!!! WIĘC BEZ OBAW MAMO! WPISZ ADRES:  http://youtu.be/bjBDFJv9R6g

A teraz można już czytać :)!
Rano niezwykły spokój - a to przecież pierwszy poranek na tym Zielonym Przedszkolu. Ci Bohaterowie, którzy wstali wczesniej (np. 5.30!!!) cichutko sobie rysowali - nikt nie krzyczał, nie biegał po korytarzu, nie trzaskał drzwiami - jednym słowem błogi spokój, prawdziwa niedziela! Rzut oka za okno i błogi spokój o stan pogody, i uśmiechy na twarzach: mamy dzisiaj zaplanowaną wyprawę na Rusinową Polanę, więc to słoneczko za oknami zapowiada spełnione plany.

Ochoczo ruszyliśmy na śniadanie: oczywiście zupka mleczna - smakołyk dla MLEKOJADÓW, i chrupiące bułeczki na dokładkę. Udało się nam zdążyć ze wszystkim na czas tzn. na czas przyjazdu Busów. Zdążyliśmy: posprzątać, przyjąć poranną porcję leków, przyjąć przedlokomocyjną porcję leków, poszukać i ubrać właściwe buty, poszukać i spakować właściwe peleryny, poszukać i spakować butelki z wodą mineralną, spakować podkładki i ołówki do WARSZTATÓW ARTYSTYCZNYCH, uzupełnić ilość wody w butelkach, skorygować wybór i dokonać zamiany butów ... Uff! I tylko 5 minut po czasie zainstalowaliśmy się w busach! SUKCES!!! Kierowca był z nas dumny!

Drogą pełną widokowych atrakcji, dojechaliśmy do wejścia na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego na przystanku Wierch Poroniec. Stąd po opłaceniu WEJŚCIÓWKI, zdobyciu pamiątkowych pieczątek, pogadance o Parku Narodowym ... rozpoczęliśmy wspinaczkę - bo tak wygląda wymagający początek zielonego szlaku. Szybko wpadliśmy we właściwy rytm: marsz, odpoczynek, łyk wody, rzut oka na przyrodę wokół nas, na cudne widoki i ... dalej w drogę! Słonko nad nami dalej obiecująco świeciło, ale w dali, skaliste szczyty otulać się zaczęły szaroburymi, ciężkimi chmurzyskami. Ale słonko świeciło dalej.

Mijaliśmy ogromne połacie zniszczonego lasu - efekt grudniowych wichur. I kiedy już wchodziliśmy prawie na Rusinową Polanę, już podziwialiśmy z daleka schody prowadzące na Gęsią Szyję ... spadł deszcz! Najpierw nieśmiało, dając nam czas na ukrycie się pod pelerynami, i poszliśmy dalej... I weszliśmy na Rusinową Polanę... I zobaczyliśmy w kroplach padającego deszczu - JELENIA!  Prawdziwego, dzikiego, wolnego i dostojnego ROGACZA, ( który nas na początku wcale nie zauważył ani nie usłyszał -  tak pięknie potrafimy wędrować). I dopiero po chwili, z gracją pogalopował w kierunku lasu. A my? No cóż, nici ze zwiedzania bacówki! Poszliśmy dalej. a deszcz kapał, siąpił, lał, bębnił w nasze kaptury ... A my przeskakiwaliśmy małe strumyki, budowaliśmy kamienne przeprawy przez większe strumienie, nie zważając na wszechogarniającą nas mokrość, szliśmy dalej w nienajgorszych humorach, połykając krokami drogę znaczoną niebieskim szlakiem, aż do wyjścia z TPN na Zazadniej. Kiedy do końca drogi zostało nam jedynie 15 minut, Natalka wymyśliła matematyczny wierszyk: "15 minut to dwie ręce i jeszcze jedna więcej". Bardzo nas to pocieszyło, bo to przecież niewiele. No i faktycznie - zaraz potem zobaczyliśmy czekające już na nas Busy. 

Ach, jak smakowały bułeczki na II śniadanie!
A kiedy dojechalismy do Poronina - znowu pełne słoneczko! Więc zostawiliśmy peleryny do wysuszenia, ozdabiając płot Pani Uli, i zostawiliśmy nasze buty do wysuszenia, ozdabiając podjazd Pani Uli - ciekawa instalacja artystyczna prawda?
Od razu poszliśmy się przebrać, osuszyć, umyć wybrudzone i przemoczone nogi, Posilić Podwieczorkowym Przysmakiem, Przyjąć Profilaktyczną Porcję Przeciwchorobowego Produktu, i w doskonałych humorach powędrować na dodatkowo regenerujący gorący rosołek i pyszne drugie danie: smażoną pierś kurczaka z ziemniakami i zieloną fasolką. Ależ to było pyszne! I nareszcie można było odpocząć pełnym brzuszkiem do góry. Ale bez przesady - nie za długo! Przecież trudy nie były takie, żeby nas wymęczyć! No i szybko zabraliśmy się do utrwalania tego co przeżyliśmy, czyli nasze WARSZTATY ARTYSTYCZNE, a potem: NA DWÓR! Bo słoneczko nadal pięknie świeciło! :) Na dworze sportowe szaleństwo: mecz, skakanki, paletki, skoki przez długi sznur ... przerywane częstymi słodkimi poczęstunkami: ciasteczka, banany, żelki (mamy przecież tyle rzeczy do jedzenia!) Zabawy jednak musiały być przerwane, bo Pani Ula już niecierpliwie wołała nas na kolację. Jeszcze tylko chłopcy przygotowali TRAWNIK do dzisiejszego najważniejszego zadania... I szybko wchłonęliśmy kolację... I szybko wybiegliśmy znów NA DWÓR, gdzie w promieniach zachodzącego słońca i przy wtórze śpiewających ptaków, wyczarowaliśmy KWITNĄCĄ ŁĄKĘ - czyli KWIATKI DLA NASZEJ MATKI - BO PRZECIEZ JUTRO ŚWIĘTO NASZYCH MAM!!! Więc na koniec, razem z zachodzącym słońcem, razem z chórem ptaków wyśpiewaliśmy GROMKIE STO LAT!!! ( Co możecie zobaczyć pod tym ważnym adresem:
http://youtu.be/bjBDFJv9R6g


MIŁEGO OGLĄDANIA, RADOŚCI I WZRUSZANIA! A DLA MAM: GRATULACJE, OWACJE
I BUZIAKI PRZESYŁAJĄ WSZYSTKIE DZIECIAKI!!!

alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień pierwszy

Email
I .... zaczęło się! Dzisiaj rano "skoro świt" 43 osobowa gromadka dzieci wraz ze swoimi Rodzicami, Babciami, Dziadkami, Braćmi i Siostrami oraz pieskami, pojawiła się przed naszym Przedszkolem. Bardzo sprawnie zapakowaliśmy się do autokaru. Dość długo Ci co pozostali poza autokarem machali tym co w autokarze ... i ruszyliśmy! A tu nagle na drugim zakręcie dogonił nas jeden Odważny Tatuś i uratował Nocne Sny swojej córce wręczając nam zapomnianego Misia. Jakie szczęście - ale by było w nocy!!! Brawo dla DZIELNEGO TATY!

Droga minęła nam jak mgnienie oka pomiędzy jedną i drugą częścią Epoki lodowcowej. I naszym oczom niespodziewanie pojawiły się ośnieżone szczyty Tatr, które przybliżały się w zawrotnym tempie - ale zgodnie z przepisami :) I nagle Ania zawołała: "Ja tu byłam! Skręcimy i będziemy w domu!" I oczywiście tak się stało. Wypakowanie się z autokaru poszło nam sprawnie przy pomocy Kierowców i Męskiej części Rodziny pani Uli. Dziękujemy tym Wszystkim, którzy podpisali dzieciom torby - bardzo nam to ułatwiło wędrowanie po piętrach :) W nagrodę od razu poszliśmy na podwórko, korzystając z pięknej pogody. A potem czas na obiad, bo burczało już niektórym (niektórym nie burczało, bo najedli się nielegalną zawartością plecaczków!).

Dziś na talerzach pojawiła się zupa pieczarkowa z makaronem, a na drugie danie ziemniaki z pieczonym schabem oraz pysznymi burakami. Nie twierdzimy, że "z talerzyka wszystko znika" ale nie było źle. Pomogła trochę dodatkowa motywacja - mamy wśród nas SOLENIZANTA i oczywiście czekał na nas (a przynajmniej na tych, którzy uczciwie zjedli obiad) słodki poczęstunek. Pogoda była tak kusząca, że od razu po obiadku poszliśmy znów pobawić się w ogrodzie, potem wybraliśmy się na spacer po najbliższej okolicy i nawet udało się nam kupić po drodze widokówki - a więc pozdrowienia mozemy już wysyłać!

W drodze powrotnej zaznajamialiśmy się z okolicznym światem zwierzęcym: krowy, owce, kury, gęsi, trudno rozpoznawalne indyki i ... motyla. Zastanawialiśmy się długo - Bielinek Kapustnik? Czy nie? Bo niby tak, ale jakiś zielony? A na kolację dla odmiany na białym makaronie, biała śmietana i czerwoniutkie truskaweczki - oj uśmiechały się usteczki na te smakołyki! A dla łasuchów jeszcze kanapeczki!  A po tych smakołykach niespodzianka - Dyskoteka na Dobry Początek i Dalszy Ciąg Imprezy Urodzinowej. Radość była wielka, uśmiechów cała garść i ogromna zabawa. Jeszcze raz gromkie STO LAT! Po cukiereczku i wielkie  szykowanie - bo czeka spanie! Kąpiel miła po takim upale, Bajeczka na dobry sen i tak SKOŃCZYŁ SIĘ NAM PIERWSZY DZIEŃ!
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt