Przedszkole nr 11 w Chorzowie

Zielone Przedszkole 2016

Dzień siódmy

Email

Ups! Ostatnia relacja nieco po terminie, gdyż autor tej pisaniny, przeniósł się ciałem i duchem także, w inne górki - równie piękne, gdzie przebywał jednak poza zasięgiem podobno wszechobecnego Internetu.
Ale do rzeczy - ostatni dzień pobytu na Zielonym Przedszkolu rozpoczął się w nocy, szaleństwem Zielono-Przedszkolnego Duszka, który bardzo, ale to bardzo nie lubi rozstawać się z wesołym gwarem, bieganiną, śmiechem i śpiewem Przedszkolaków. I co wtedy robi?  Różne psikusy - kto go tam wie, co mu do tej postrzelonej głowy strzeli??? W tym roku porozrzucał po schodach od samego parteru, aż po ostatnie piętro, wszystkie papucie dziecięce. Może chciał, żeby ukryły się w pobliskim lesie??? Może myślał, że bez nich nie pojedziemy do domu??? A może to papucie chciały czmychnąć, a  Duszek zatrzymał je słodyczami i na pocieszenie powkładał do każdego pyszne żelki??? Tego też nikt nie wie. I to jeszcze nie koniec! Każdemu Przedszkolakowi schował na pamiątkę pod kocyk balonowego pieska. Rano mniej więcej o godzinie 6.30 obudził wszystkich nieoczekiwany hałas i okrzyki typu: O matko! Gdzie są moje papucie! O matko! a ja mam zelki w papuciach. Wytrzymałyśmy do 7.00 tą spontaniczną i radosną pobudkę. I co tu ukrywać - oczekiwaną :))) Skoro już wszyscy nie spali, możemy zabierać się do pakowania. Zanim wszystkie rzeczy trafiły ponownie do swoich walizek i toreb, pokoje wyglądały jak po przejściu huraganu z cyklonem. Ale już przed śniadaniem część tego bałaganu została spacyfikowana i ujarzmiona.  Ostatnie śniadanie zakończyło się urodzinową niespodzianką Michała. A zaraz potem spotkaliśmy się w świetlicy, gdzie nastapił oczekiwany przez wszystkich moment zakończenia Konkursu Czystości. Po podsumowaniu wszystkich punktów oraz dodaniu SPECJALNYCH BONUSÓW  za SPECJALNE ZASŁUGI ( np. koleżeństwo, dobrą zabawę, pocieszanie, dzielenie się, udzielanie pomocy) okazało się (PRZY WIELKIM APLAUZIE I AKCEPTACJI ZEBRANYCH), że wszystkie pokoje mają taką samą liczbę punktów!!! REMIS - Wszyscy "WYGRALI - BO SIĘ BARDZO STARALI" :) W związku z tym, również wszyscy otrzymali HONOROWY TYTUŁ GOSPODYNI GÓRALKI I GOSPODARZA GÓRALA - co zostało wyrażone wręczeniem stosownych STATUETEK :). No i koniec zabawy, bo bałagan gdzie niegdzie jeszcze czeka. Ci, którzy już są spakowani, mają jeszcze okazję do zabawy na podwórku. Zresztą niedługo wszyscy są już na dworze i korzystają z pięknej i ciepłej pogody. Szybko nadszedł czas ostatniego obiadu. Menu ustalały dzieci z panią Ulą. Dlatego dziś jemy ukochaną ZUPĘ POMIDOROWĄ, ziemniaki z PALUSZKAMI RYBNYMI i surówką marchewkową. No ... to była uczta! Teraz już tylko ostatnie ablucje, trzeba jeszcze spakować papucie i ... czekać na transport. Tymczasem dostajemy wiadomość, że jednak nie pojedziemy minibusem ( bo mamy za dużo bagażu ), tylko nieco później autobusem, i zabierzemy po drodze inne Przedszkole też z Chorzowa. Tym razem pojedziemy z dzieciakami z Przedszkola nr 13. Mamy więc niespodziewanie trochę czasu - no to możemy zobaczyć "proszoną" kiedyś bajeczkę. A w tym czasie trzeba przygotować bagaż do zwiezienia - bo duży autobus do Pani Uli nie wjedzie. Takie to ustronne i niedostępne miejsce. Pan Wojtek - Gospodarz, przygotował specjalnie traktor, zapakował wszystkie nasze tobołki i pojechały w kierunku rzeki :) No, bez obaw, nie będziemy ich spływać jak na Dunajcu tratwami. Przed mostem jest po prostu plac, na którym każdy, nawet najdłuższy autokar może bezpiecznie nawrócić. I tak niepostrzeżenie, nadeszła nieodwołalnie chwila pożegnania się z Gospodarzami, boiskiem, ogrodem, naszym chwilowym - tygodniowym ZIELONO-PRZEDSZKOLNYM DOMEM. Ostatnie uśmiechy do aparatu fotograficznego i możemy pakować się za naszymi bagażami do autobusu.
Droga do domu minęła bardzo spokojnie i szybko. Niektórzy oglądali bajki, niektórzy spali, niektórzy robili jedno i drugie fragmentami. Aż pojawiliśmy się na ulicy Czystej przy naszym Przedszkolu - a tam: Wy Wszyscy. 
To już KONIEC! Reszta jest w Waszych aparatach i wspomnieniach z chwil powitania. 
P.S.
Bardzo Wszystkim Rodzicom Dziękujemy za każdy rodzaj POMOCY i WSPARCIA: dobrze podpisany bagaż, słodycze - uzupełniające siły w czasie wędrówek, właściwą ilość telefonów o odpowiedniej porze, doskonale opisane leki ( pożyczyliśmy sobie niektórych syropów dla innych potrzebujących), gazety do zasuszenia kwiatów, leki do naszej Zielono-Przedszkolnej Apteki, właściwe ustawienie samochodów przed naszym przyjazdem, wspólny APLAUZ dla wszystkich ODWAŻNYCH, ZAUFANIE do NAS i WIARĘ w swoje dzieci, Waszą ODWAGĘ - by pozwalić im dorastać i usamodzielniać się, stanąć OKO W OKO  z takimi wyzwaniami jak: samodzielne mycie, przebieranie, sprzątanie, układanie piżamy pod poduszką, podnoszenie papierków, układanie wspólnych zabawek, wybieranie świeżej bielizny, chowanie brudnej, parowanie skarpetek, zachowanie ciszy i właściwe zachowanie, poszanowanie innych, godzenie się, negocjowanie, szukanie kompromisów, ponoszenie konsekwencji swego zachowania, dzielenie się, współpracę i wzajemne pomaganie .... i wiele innych zadań, których nawet nie jesteśmy do końca świadomi, a dzięki którym miały okazję przeżyć DUŻĄ LEKCJĘ WYCHOWANIA I SAMODZIELNOŚCI, A TAKŻE WSPANIAŁĄ PRZYGODĘ, która ( mamy nadzieję) na długo zostanie w ich wspomnieniach.
Teraz to już naprawdę KONIEC. A za rok o tej samej porze, na Zielone Przedszkole znów pojedzie każdy, kto tylko może!
Do zobaczenia na kolejnym BLOGU (DZIĘKI SERDECZNE ZA KOMENTARZE I ŻYCZLIWE UWAGI :)))

alt
 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień szósty

Email
Hip hip hura! Dziś jest ten dzień, na który niektórzy najbardziej czekali! To znaczy, niektórzy najbardziej czekali na basen - TAK, pójdziemy na basen dziś. Inni niecierpliwili się - kiedy będzie to kino? TAK- będzie dziś. Jeszcze inni nie mogli doczekać się zabawy kamieniami -TAK, TAK, to też dziś! Ale po kolei:) Poranek znowu był bardzo leniwy, spokojne wstawanie, sprzątanie od niechcenia, jakieś warkoczyki, jakieś spineczki. Miejsca w szafach coraz więcej, to i z wyborem kreacji coraz mniej kłopotów. Ale to nie poranne rozleniwienie sprawiło, że nie mamy zdjęć ze śniadania (co zostało stwierdzone dopiero dużo później), ale właśnie niecierpliwe oczekiwanie na wyjazd do Białki Tatrzańskiej - na baseny termalne. Na dodatek, w czasie śniadania spadła wielka ulewa - pomimo, że chmury wcale nie były takie deszczowe. Tak jakby pogoda przytakiwała naszym planom - dzisiaj zadnego wędrowania! Dzisiaj relaks i odpoczynek. No to zapakowalismy się do busika i pojechaliśmy do Białki. Teraz będzie miejsce na darmowe lokowanie produktu: zawsze uważaliśmy, że organizacyjnie (zwłaszcza pomiar czasu) baseny w Białce są najlepiej zorganizowane i mocno nastawione na wygodę pobytu z dziećmi. W tym roku dodatkowo powstały szatnie na piętrze, gdzie kierowane są takie grupy jak nasza, a gdzie jest spokój i nie ma tłoku. Obsługa jest niesamowicie miła, życzliwa dla dzieci i nastawiona na udzielanie pomocy. Uruchomiono dodatkowy wodny plac zabaw - co wyraźnie wzbogaca ofertę. Pomimo, że nasze najstarsze przedszkolaki czuły może niedosyt wyścigowego pływania, to jednak i one świetnie się bawiły, tym bardziej, że część czasu spędziły na dużej zjeżdżalni. Poeta już dawno stwierdził, że "wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija" - więc wodne zabawy też musiały się kiedyś skończyć - czas wracać na obiad:) Ale niedowiary - w wodzie nasze przedszkolaki "wypłukały" wszystkie siły. W drodze powrotnej BUSIK SPAŁ. Ale już przy obiedzie ( dzisiaj nadzwyczaj atrakcyjne MENU obiadowe: pieczarkowa zupa krem z grzankami, pałeczki kurczaka - HIT popularności - z młodymi ziemniakami i pyszną surówką marchewkową ) wszystko wróciło do normy - w sensie żywotności wszystkich dzieci:) Po obiedzie chwila relaksu w swoich pokojach i ... jedziemy się zrelaksować do kina. Trzeba tylko zorganizować suszenie naszych kreacji kąpielowych na płocie w promieniach słonecznych i zostawić je Pani Uli pod opieką - żeby przypadkiem nie zmokły. Korzystając z okazji, że do seansu pozostało jeszcze trochę czasu, przespacerowaliśmy się Krupówkami w poszukiwaniu małych pamiątek. MAMY wszystko co chcieliśmy :) i co więcej - nie zmoczył nas deszczyk, który czekał aż wejdziemy do kina, żeby spaść na Zakopane. A w kinie zaskoczenie, seans dla nas będzie wyświetlany w wersji 3D (a po co te okulary, co się z nimi robi? - więc dla niektórych to "pierwszy raz trójwymiarowy"). Dzieciaki się świetnie bawiły (nie dzieciaki też:))) Na czas przejścia do Busika - zakopiański deszczyk przestał padac, za co jesteśmy niewymownie wdzięczni. Seans skończył się nieco później, więc wrócilismy prosto na kolację. I znowu smakowa rewelacja: ZAPIEKANKA - oczywiście własnej roboty. Chętnych na DOKŁADKI nie brakowało i prawiących komplementy Pani Uli - także. Ale to nie koniec atrakcji tego wieczoru. Pamięctacie, że niedawno byliśmy na kamieniobraniu? I przecież nie zbieraliśmy kamieni, by usypać kopczyk na środku ogródka, ale żeby WYCZAROWAĆ z kamieni KAMIENNE STWORKI - POTWORKI. Efekty tego samodzielnego dziecięcego RĘKODZIEŁA będą do podziwiania od jutra od godziny około osiemnastej ( szczegóły w umówionych SMS!) Ale to jeszcze nie koniec atrakcji tego wieczoru!!! Gdzieś ktoś powiedział na ZIELONYM PRZEDSZKOLU z wyrzutem, że była tyyyyyyyyyyylko jedna dyskoteka!!! No tak - na DOBRY POCZĄTEK    więc dziś będzie na DOBRE ZAKOŃCZENIE:) I były: tańce - łamańce, tańce parami (!!!!), grupowe układy taneczne i obowiązkowy na zakończenie POCIĄG odjeżdżający ze stacyjki: DYSKOTEKOWNIA do stacyjki: NOC - LEGOWNIA. Przyznajemy się wszyscy bez bicia, że obyło się dzisiaj bez MYCIA (no nie tak całkiem! Bo co trzeba- to trzeba, bez dyskusji). I tak minął kolejny dzień! Teraz już tylko wygodnie się trzeba w łóżeczku ułożyć,  by w sennych marzeniach się zanurzyć:) A jutro? A jutro PAKOWANKO, i jutro będzie z WAMI SPOTKANKO:)))                                                                                                                                                             P.S. Oczywiście to nie koniec atrakcji na dzień dzisiejszy! Bo dzisiaj - a właściwie jutro - tylko że teraz nocą ... - jedny słowem: Dziś jest przecież pełna atrakcji i tradycji ZIELONA NOC!!!  Ale więcej w tym temacie w kolejnej, ostatniej już tegorocznej relacji :)))))))
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień piąty

Email
O jak przyjemnie pospać bezkarnie, bo wszyscy inni śpią spokojnie:) Minęła godzina 8.00. Wstajemy z uśmiechami na twarzy, gdyż przed nami kolejny ciekawy dzionek, a towarzyszy nam piękna słoneczna pogoda - może dla niektórych nieco oziębła, ale o wiele łatwiej się wędruje w lekkim chłodku niż w ciężkim, obezwładniającym upale. Jednak nie wszyscy spali tak długo - byli tacy, którzy się wyspali szybciej, ale ... tu pochwała wobec wszystkich: zgodnie z naszą ZIELONOPRZEDSZKOLNĄ  umową, nikogo nie pobudzli, tylko się pomysłowo sami bawili. Do śniadania wszyscy się przygotowali z wprawą. Śniadanie poszło jak zwykle ŻWAWO. Ale się jednak nieco przedłużyło, bo się nadarzyła UROCZYSTOŚĆ aż miło. Na jadalni wśród nas była dziś SOLENIZANTKA. Musiał więc być specjalny czas na śpiewy, składanie życzeń i poczęstunek, za który Rodzicom SOLENIZANTKI serdecznie DZIĘKUJEMY!!! Wypełnieni słodyczą, czekamy a podwórku na nasz środek transportu, zastanawiając się co nas dzisiaj spotka??? Niby wszyscy wiedzą, że planujemy wjazd kolejką na Gubałówkę, ale co dalej??? Dzisiaj Turystów i chętnych do wędrowania w Tatrach jest taki ogrom, że mnibus się nieco spoźnił - ale my jesteśmy wyrozumiali. Korzystamy ze słonecznej pogody i się nie przejmujemy. Zdążyliśmy dojechać do Zakopanego, Gubałówka stoi jak stała, kolejki do kasy nie ma prawie żadnej, a pociągi kursują przecież prawie co 10 minut. Spoko i luzik:) Przejście przez bramki poszło nam perfekcyjnie (kontroler nawet nas nie pilnował, kiedy zobaczył jak sobie radzimy) - widać doświadczenie z innych wypraw TRAPERSKICH  owocuje! Szkoda tylko, że trasa jest taka krótka!!! W połowie trasy jest nieco nerwowo, kiedy dwa pociągi muszą się wyminąć (ale czy napewno się uda ???) Po dotarciu na MIEJSCE WIDOKOWE i zajęciu strategicznych punktów obserwacyjnych, mogliśmy zachwycać się wspaniałą panoramą Zakopanego i widokiem TATR w całej okazałości. Wszyscy zlokalizowali Giewont bez najmniejszego trudu - udało się także odszukać ważne miejsce w Tatrach - Kasprowy Wierch ze stacją kolejki linowej i obserwatorium meteorologicznym. Pięknie tu, można by tak cały dzień podziwiać kolejne szczyty, skocznie narciarskie i całe Zakopane, ale czas ruszać dalej. Zrobiliśmy sobie jeszcze  tylko POKOJOWE ZDJĘCIA, przeszliśmy się wzdłuż straganów z pamiątkami i czas na jazdę powrotną kolejką w dół- do Zakopanego. Tu kolejna niespodzianka! Wcale niezapowiadane i zaskakujące lody oraz poszukiwanie PAMIĄTEK. To ostatnie to wyjątkowo trudne zadanie - bo stragany pod Gubałówką, uginają się pod obfitościami i różnorodnościami. A my tylko się zastanawiamy - może to, a może to, a może jednak to? Pomimo rozterek udało się nam zdecydować częściowo - ale to tajemnica aż do piątku!!! A tymczasem my mamy dzisiaj jeszcze w planie wędrówkę po najkrótszej dolince w Tatrach. W tym celu, musimy dojechać do początku Doliny Strążyskiej ( A myśmy tu już byli!!!) Jednak tym razem wybieramy do wędrowania szlak czarny - Drogą Pod Reglami. Droga prowadziła nas spokojnie, bez zadyszki :) z jednej strony pod buczynowym lasem reglowym, a z drugiej strony ponad pastwiskami i łąkami. Na dodatek mogliśmy stąd docenić "długość"  Gubałówki, leżącej dokładnie na przeciwko. Udało się nam także podglądnąć dojenie owiec przy jednym z kosarzy. Kiedy dochodziliśmy do celu naszej wędrówki, idąc przez łąkę pełną jaskrów i dmuchawców, spotkało nas niezwykłe zjawisko: "tańczące - wirujące  na wietrze spadochrony dmuchawcowe" - zachwycające:). A przed nami tabliczka z informacją, że oto teraz będziemy wędrować szlakiem zielonym po Dolinie za Bramką. Od razu zauważyliśmy różnicę pomiędzy Doliną Strążyską. Dolina za Bramką biegnie wąską kamienną ścieżką z jednej strony ograniczoną buczynowym i sosnowym lasem, a zdrugiej wysoką skarpą ponad Potokiem Zza Bramki, który tworzy liczne małe wodospady i kaskady. Wszyscy myśleli, że "bramka" będzie metalowa, z drzwiami do otwarcia - a tu okazało się, że to po prostu zawężenia doliny i wcięcia pomiędzy ogromnymi skałami. Stanęliśmy w jednej takiej BRAMIE, pod wysokimi i dziwacznie powykręcanymi skałami, i zachwycaliśmy się znowu maleńkimi roślinkami, rosnącymi w każdym miejscu na skale, gdzie tylko można się utrzymać drobniutkimi korzonkami. Urokliwe miejsce, o zupełnie innym charakterze - wąskie, ciasne, ciemne, wilgotne, pełne "mchu i paproci" Czas nam się jednak kończy - więc tylko jeszcze pamiątkowe zdjęcie nad "przepaścią" i powrót pod Jasiowymi Turniami - to skałki o różnych fantazyjnych kształtach, do Drogi Pod Reglami, która poprowadziła nas dalej do Doliny Małej Łąki. Niestety tej Dolinki nie zobaczymy - bo za długa, bo za wysoka, bo za mało czasu, ba za mało lat mamy ... Więc sobie poczekamy, a być może tu wrócimy z Rodzicami :) Na wyznaczone z panem Kierowcą miejsce udało się nam przyjść przed umówionym czasem i szybko wrócić do ZIELONOPRZEDSZKOLNEGO DOMU na pyszny obiad. Dziś na talerzach pojawiły się: góralska zupa ogórkowa i naleśniki!!! Kolejna pychotka! Dziś dodatkowo specjalny bonus! Od razu po obiedzie zostajemy na podwórku. Dziś dziewczynki "zaklepały" sobie możliwość gry w piłkę nożną, a wszyscy - pomiędzy różnorodnymi zabawami,  znaleźli także czas, by przygotować widokówki  do domów rodzinnych. Dziś na koniec dnia SUPER NIESPODZIANKA: niezwykłe OGNISKO W ALTANCE. Spełniło się marzenie jednego z Przedszkolaków, który stwierdził, że jeszcze nigdy w życiu nie jadł kiełbaski z ogniska! Mówisz-masz:))) A przy ognisku, jak to przy ognisku: jest dobre jedzenie, koniecznie przyprawione śpiewami,  pląsami i śmiechem:))) Czas jednak szybko płynie: i niebawem zabrzmiał śpiew w braterskim kręgu: "Ogniska już dogasa blask..." i jak nakazuje ogniskowy obyczaj, pożegnaliśmy się ISKIERKĄ PRZYJAŹNI - by kiedyś spotkać RAZEM przy innym ogniu, w innym czasie. I tak minął kolejny dzień, a teraz już tylko mycie, picie i skok do łóżka:) A jutro? Jutro dzień relaksacji basenowo - kinowej :)))
alt

 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień czwarty

Email

Ale się nam dzisiaj udało!!! Wszystko co zaplanowaliśmy. Choć -  kiedy rankiem znów cisza jak makiem zasiał i wszystkie śpiące pokoje na pół godziny przed przyjazdem minibusa - myślałyśmy, że się spóźnimy i będzie wstyd, a z wycieczki WIELKIE NIC. Ale śniadanie dziś dziwnie szybko się zjadło - o mało co, a nie zostałoby uwiecznione na zdjęciach. Nie było problemów z przygotowaniem ekwipunku - co tu dużo mówić: trening czyni mistrza. Kierowca był zachwycony - bo to my czekaliśmy na niego. Pogoda także się udawała od samego rana - co prawda jedynie 5 stopni było mniej więcej o 7, ale potem już nieco przyjaźniej, no a na dodatek piękne słoneczko na bezchmurnym niebie, aż do samego końca dnia (jak się potem okazało). A po drodze w Pieniny mogliśmy obserwować latające bociany, brodzące bociany, stojące bociany i ... dwie czaple siwe. Ale po kolei :) Najtrudniejszym momentem całej pienińskiej wyprawy jest planowanie. Dlaczego? Ponieważ  nie wiadomo czemu, nie można dokonać rezerwacji zwiedzania Zamku w Niedzicy. Trzeba do niego podjechać, kupić bilety - i wtedy się dopiero dowiadujemy o której czeka na nas Przewodnik. I wtedy dopiero się planuje resztę atrakcji. Czasami trzeba powywracać wszystko do góry nogami. Się jednak tym nie martwiliśmy i się poukładało wspaniale. Ustalono nam Przewodnika zamkowego na 14.30 - więc początek wyprawy zgodny był z biegiem Dunajca. Jadąc wzdłuż jego błękitnej wstążki ( znacie pewno historię o tym, jak Księżniczka Kinga rzuciła za siebie rozplataną z włosów błękitną wstążkę i rzuciła za siebie, by uciec przed Tatarami - takie były narodziny Dunajca) - dotarliśmy do przystani w Kątach. Tutaj, na początku spływu Dunajcem , postanowiliśmy zjeść drugie śniadanie. Po drodze w pawilonie przyrodniczo-etnograficznym z wielkim zainteresowaniem "przeczytaliśmy" makietę całych Pienin, zapoznając się z ich topografią - dowiedzieliśmy się, jaki długi, jaki kręty jest Dunajec, pokazywaliśmy strategiczne punkty naszej wyprawy: Zaporę na Dunajcu, Zamek w Niedzicy, Zamek w Czorsztynie, przystań flisacką. Poznaliśmy (na starych fotografiach) sposób przygotowania całej tratwy do spływu. Poznaliśmy mieszkańców Dunajca - tych podwodnych i tych nadwodnych. Potem musieliśmy skorzystać z ekskluzywnej toalety w oszałamiającej cenie 2 zł/ za osobę. No i nareszcie mogliśmy zasiąść na "widowni" - czyli schodkach prowadzących do samego brzegu rzeki. Niby to podziwiając paradę flisaków, odwagę wypływających turystów - wygrzewaliśmy się na słonku i zajadaliśmy drugie śniadanie ( banany, choć taki prosty do jedzenia owoc, może sprawić niemały kłopot: "banan się nie otwiera! Zapukaj do niego :)") Po czym pojechaliśmy dalej. Okazało się, że nadal jedziemy " z biegiem Dunajca", i nawet przegonilismy niektóre tratwy! Przyjechaliśmy niebawem do miejca na końcu Polski - no bo tu jest granica na moście. Ale nie bójcie się - nie przeszliśmy na drugi brzeg. Straciliśmy tylko zasięg polskich sieci komórkowych - i dlatego  się nie odbierało żadnych telefonów. Tutaj celem naszej wędrówki były oczywiście Trzy Korony, dzisiaj cudownie widoczne, jak na widokówkach. Od razu wszyscy je rozpoznali. Nawet nauczyliśmy się ich nazw: Okrąglica, Płaska Skała, Pańska Skała. No i nie weszliśmy na szczyty - bo to już Wasze zadanie na przyszłość. Podeszliśmy tylko do kolejnego pienińskiego pawilonu przyrodniczo - etnograficznego. Tu ponownie makieta - więc mały sprawdzian wiedzy. Potem spotkanie z fauną i florą pienińską, na oryginalnej ekspozycji, zorganizowanej na ścianie imitującej skały pienińskie ("Co to za ptak? - Orzeł - A to on ożył?"). Ogromne zainteresowanie wzbudził kołowrotek i wrzeciono - bajka o Śpiącej królewnie też "ożyła". Ciekawe też były maselnice, kołyski, kufry i drewniane wyposażenie kuchenne. Za pawilonem zorganizowano ogródek skalny - alpinarium. wszyscy od razu wypatrzyli tam znajomą stokrotkę. Jakże  zdumienie, że to nie stokrotka, ale bardzo rzadki, rosnący tylko w Pieninach, czyli endemit  pieniński: Chryzantem Zawadzkiego. Dodatową atrakcją były także obserwacje lunetowe, dzięki którym niektórzy zobaczyli ludzi na platformie widokowej na samym szczycie Okrąglicy. Po pamiątkowych fotkach, wróciliśmy do minibusa. Teraz możemy z właściwym marginesem czasu, pojechać do Zamku w Niedzicy. Margines okazał się bardzo właściwy i na tyle duży, że mogliśmy sobie pozwolić na małą przekąskę na Zaporze, napawając się smakowitymi bułeczkami i widokiem Zamku, majestatycznie wznoszącym się nad wodami Zalewu Czorsztyńskiego. Ach - no i to zadziwiające malowidło na ziemi, przedstawiające wnętrze elektrowni, namalowane techniką przestrzenną - to też trzeba zobaczyć w realu! Czas nas jednak nieco goni, i tym razem nie możemy sobie pozwolić na pozowane zdjęcia na tle obrazu. Przewodnik już czekał na nas u drzwi, a właściwie u bram zamku. A tu niespodzianka - czekała na nas ta sama Przewodniczka Ala, która nas tak pięknie oprowadzała w zeszłym roku. Ona też nas poznała i okazało się, że doskonale pamiętała. Tym razem też pięknie i z humorem opowiadała. Ale nie chciała zdradzić tajemnicy inkaskiej księżniczki i skarbu, który jak twierdzą niektórzy - jest tu gdzieś schowany. Nie to nie! Udało się nam jeszcze zrobić kolejne POKOJOWE ZDJĘCIE na tarasie widokowym. Obeszliśmy zamek dookoła, a potem zwiedziliśmy "garaż" książęcy - czyli parowozownię. No i dalej nasze kroki zaprowadziły nas do przystani. Tu kontynuowaliśmy nasz posiłek regeneracyjny i ... po chwili byliśmy już gotowi do kolejnej wyprawy: podróży statkiem. Nasz statek podpłynął niebawem. Nazywał się Halny ( Czy to takie hale od owieczek?) Kapitan zaprowadził nas na trap, zaprezentował mostek kapitański, przeprowadził przez pokład dolny na pokład góry... I - AHOJ PRZYGODO! Popłynęliśmy na drugi brzeg. Widoki wspaniałe: z jednej strony Zamek Dunajec, z drugiej strony Zamek Czorsztyn, a pośrodku MY! Sami, tacy maleńcy na środku wielkiego ogromu zalewu czorsztyńskiego. Szkoda, że ten rejs trwa tak krótko! I znów musimy przejść przez trap, by stanąć na suchym i stałym lądzie. Teraz już tylko Zamek Czorsztyn. O zgrozo! Po całym dniu wędrowania, spacerowania, maszerowania, człapania, szurania - teraz czeka nas wspinaczka: najpierw pod górę zamkową, potem dalej po dziwnych metalowych schodach na zamkowe mury obronne. Się udało! I to jak! I znów najciekawsze były widoki z okien - tu też robiliśmy sobie "ZDJĘCIA POKOJU". Ale zobaczyliśmy już wszystko, co mogliśmy tego dnia zobaczyć. Czas do domu! Burczy w brzuszkach, spać się chce. Więc wracamy! A widoki powrotne do pozazdroszczenia!!! Się udało wrócić wg planu co do minuty!!!  A wszystko dzięki naszym dodatkowym KIEROWCOM, którzy siedząc cichutko za kierowcą, cały czas wytrwale "trzymają wirtualne dodatkowe kierownice" i ... trzymają rekę na pulsie. Pani Ula zadowolona, bo nie lubi trzymać jedzenia gdzieś do podgrzewania. I co się okaząło, że się udało Pani Uli przygotować dla nas największe smakołyki: zupę pomidorową z ryżem, kluski białe klasyczne z dziurką, pyszną pieczeń wieprzową i najpyszniejsze buraczki:))) Hm... miałyśmy nadzieję, że TAKIE zmęczone dzieci poproszą o maksymalnie szybką kąpiel!!! A jednak! Poprosili: chodźmy na dwór! Zreasumujmy: piękna pogoda, brzuszki pełne, wszyscy zadowoleni - ZGODZILIŚMY SIĘ!:) Krótko, bo krótko - bo zachód słońca szybko nastąpił - ale meczyk rozegrany, biegi i slalomy między tujami odbyte, a smakołyki się pięknie rozeszły :) I już mieliśmy się zbierać, kiedy się nam niespodziewanie udało zaobserwować: wschód księżyca, cienkiego jak rogalik. Się nadarzyła okazja do niespodziewanej lekcji astronomii: oto narodziny księżyca po nowiu nam się udało zobaczyć. Skąd wiemy, że po nowiu? Bo rogalik księżycowy przypomina literkę D i oznacza, że księżyc się dopenia do pełni! Ha! Teraz my też czujemy się zadowoleni z tego dnia w pełni:) I jeszcze tylko wielkie kąpanko i spanko! Do jutra! A jutro? Jutro  kolejne tatrzańskie wędrowanie i ciekawostek przyrodniczych wypatrywanie:) 

alt
 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień trzeci

Email
"Stary niedźwiedź mocno śpi" - można by było dziś rankiem zaśpiewać. I nie była to jakaś strasznie wczesna godzina - o nie! Było około 8, kiedy jedna z mam, mając nadzieję na poranne śniadanko w kontakcie z dzieckiem, dowiedziała się, że: niewiadomo czy córeczka już się dobudziła. I tak miała dzisiaj zdecydowana większość ("Siedzę tak od godziny - a oni ciągle śpią!"). Wszyscy byli zdziwieni: co? Już na śniadanie? Długi, zdrowy i spokojny sen, zdecydowanie jednak nie spowodował zmian w programie dnia: śniadanie rozpoczęło się o zapowiadanej wcześniejszej porze. Zostało zjedzone z właściwym smakiem: kolejka po zupkę mleczną była zdecydowanie dłuższa, chyba 100%. Dostawa płatków była kilkakrotna. Bułeczki również cieszyły się wzięciem. A pomimo bogatego śniadania, perfekcyjnie zdążyliśmy na czas. To znaczy: na czas przyznać pierwsze punkty za właściwy poziom nocnego odpoczynku w naszym ZIELONOPRZEDSZKOLNYM  KONKURSIE, na czas posprzątać pokoje i przyznać kolejne punkty za aktualną czystość w naszym ZIELONOPRZEDSZKOLNYM K KONKURSIE. Na czas przygotować prowiant i ekwipunek na dzisiejszą wyprawę. Na czas oczekiwać na minibus, który zawiózł nas do Bramy Doliny Strążyskiej. Emocje zaczęły się już przy wyjeździe z Poronina, kiedy w oknach minibusa pojawiły się skaliste granie tatrzańskie: wyjątkowo ostro widoczne. Pomiędzy zabudowaniami, drzewami i reklamami, raz po raz pojawiał się Giewont - górski symbol Zakopanego i zapowiedź celu naszego dzisiejszego wędrowania. Kiedy zakupiliśmy już bilety wstępu do TPN, poodbijaliśmy 30 pieczątek jednego rodzaju i 30 pieczątek drugiego rodzaju, i oznakowaliśmy się odblaskowymi chustami - mogliśmy na dobre rozpocząć wędrówkę. Na początek potrzebna była odrobina wiedzy teoretycznej, a potem już mogliśmy wkroczyć do Parku Narodowego i zdobywać praktyczne doświadczenie przyrodnicze. I znów chłonęliśmy te niepowtarzalne cuda natury wszystkimi zmysłami. Węchem: aromaty kwiatów, ziół i lasów, ale też bystrej, górskiej wody przelewajacego się ze strony na stronę Strążyskiego potoku. Słuchem: świergoty, trele, a nawet dzięciołowe stukania, ale przede wszystkim szmer, szelesty, bulgotania i pluski wody, płynącej wzdłuż całego szlaku. Wzrokiem: przede wszystkim wszechogarniającą nas zieloność, ogrom paproci, mchów i kwiatów. I jakiś szczególny dzień motylich spotkań: zwykłe Bielinki latające całymi stadami, ale spotkaliśmy też Rusałkę Admirała, Rusałkę Kratkowca i niezwykłego Zorzynka Rzerzuchowca. Niezwykłe są oczywiście skały, dziwne formy, kształty: można wymyślać co przypominają, lub z czym się kojarzą - obserwacje naoczne i lornetkowe. Skały to małe ogródki: na każdym poziomym kawałeczku, wypełnionym odrobiną ziemi, wyrastają te same paprocie, te same kwiatki - ale o ile mniejsze - wielka przyrodnicza tajemnica. A potok - ile dostarcza wrażeń: omszałe głazy, małe i ogromne skały w wodzie, wodospady, pojawiające się kipiele i kotłowanina spadającej wody ... Nie sposób tego wszystkiego opisać. Tu trzeba przyjechać samemu:)  No i na takich obserwacjach upłynęła nam droga do Polany Strążyskiej, a na dodatek cały czas trzeba uważać na drogę: na kamienie, korzenie, kałuże, pojawiające się i kończące mosty. A jeszcze trzeba w drodze o tym wszystkim poopowiadać. Weszliśmy na Polanę i oczywiście wzbudziliśmy ogromne zainteresowanie, także nienagannym zachowaniem :) Tu duże Brawa dla naszych Przedszkolaków. A kiedy po regenerującym siły, piciu i jedzeniu (śniadaniowe bułki smakują tu jeszcze bardziej!) wszyscy zasłuchali się w legendę o uśpionych w górze Rycerzach i starym Giewoncie, obserwowali tak bliski szczyt, wskazując w nim szczegóły ludzkiej twarzy i na dodatek potem z zapałem zaczęli porównywać, rysować, szkicować i cieniować - ogólny zachwyt nad naszą grupą był jeszcze większy. Niestety - czas mija, nie ma na to rady! Jeszcze tylko ostatnie wspinaczki na pierwsze skałki, jeszcze pamiątkowe zdjęcia z lokatorami wspólnego pokoju i "trzeba się odwrócić i  do domu wrócić". Czas powrotu niektórzy wykorzystali na regenerujący siły sen i przy obiedzie (góralska zupa kalafiorowa, a na drugie ryż z przepyszną potrawką z kurczaka) byli już gotowi do dalszego działania. Ale wszyscy muszą sobie trochę odpocząć - nawet my (piszący te słowa), a więc dla każdego zafundowaliśmy muzyczny relaks w łóżeczku. No i na dobre nam wyszło. Po umówionym czasie wyszliśmy na dwór, bo pogoda dziś bardzo łaskawa :). I zmęczone całodniowym maszerowaniem dzieci - zbrały się do zabaw sportowych ze zdwojonym zapałem. Oczywiście towarzyszyło nam "spożywcze" wsparcie, w postaci podwieczorku (truskawki) no i Waszych pysznych "drobnych" darów. Palce lizać!!! DZIĘKUJEMY:) Na koniec dnia jeszcze jedna niespodziewana pychotka. Na kolację czekał nan nas domowej roboty hot-dog (który się nam się tu w kadrze nie zmieścił już). Pyszna kolacja to jeszcze nie koniec dnia!!! Czekał na nas umówiony wczoraj seans filmowy: "Gdzie jest Nemo?" Nieco martwiła nas emocjonalno-rodzinna fabuła, ( ułatwiająca rozklejanie się - ale nic takiego nie nastąpiło, więc oddetchnęłyśmy z ulgą, że chusteczki nie okazały się potrzebne). A po filmie? To już definitywny koniec dnia!!! Jeszcze tylko ważne życiowe pytania toaletowe (?) mycie, kąpiel, no i ziewanko. I spanko - do jutra. A jutro? A jutro prosimy nas nie szukać w eterze - bo będzie nas łapać zagraniczna sieć i z tego koszty możemy mieć :)))
alt
 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień drugi

Email
A dzisiaj Niedziela, dzionek radości i wesela :) Od samego rana każda buzia roześmiana, a poranek był wczesny (6.00 - a niektórzy się przechwalali, że jeszcze wczesniejszy) i słoneczny. A przecież w KODEKSIE napisaliśmy coś o wstawaniu i aktywnym poszukiwaniu chętnych do wspólnego wczesnego działania :( Ale nikt się za bardzo nie skarżył, więc w doskonałych humorach zasiedliśmy do sniadania. A było w czym wybierać: zupka mleczna z dwoma rodzajami płatków, parówki i jeszcze kanapki z tym ulubionym niewiarygodnie pysznym pasztetem. Zaraz po śniadaniu, w bardzo dobrym tempie zorganizowaliśmy się i poszliśmy do Poronina na niedzielną Mszę. Niby nic nadzwyczajnego - przecież niedziela ... Ale czekała nas niemała niespodzianka. Otóż w Poroninie zwyczaj taki, że w pierwszą niedzielę miesiąca msza odprawiana jest na ... CMENTARZU,  przy pięknie rzeźbionym ołtarzu. Upał nieco nas uśpił, więc musieliśmy się dobudzić i nawodnić w parku przy Ośrodku Kultury, gdzie kiedyś mieściło się słynne Muzeum Lenina. Teraz ten niewielki park ma dziecięcy plac zabaw, kamienny mostek i wypatrywane łąweczki, na których można sobie nareszcie wygodnie usiąść, ugasić pragnienie, osłodzić zmęczenie, pogawędzić z miejscowym proboszczem poronińskiej parafii no i zapozować do zdjęcia na cudnym kamiennym mosteczku. Od razu widać na zdjęciu, że Dziewczeta w PRZEWADZE, ale za to chłopcy pozują w POWADZE. Hm ... gdyby nie zapowiedź kolejnej niespodzianki, byłby kłopot, żeby nas z tego miejsca tak szybko wygonić. Ale najbliższa przyszłość zapowiedziała się SMAKOWICIE. Chodzi rzecz jasna o LODY mianowicie. Pamiętacie Drodzy Rodzice - sami tego chcieliście! Ale zobaczcie zadowolone miny lodowych smakoszy - NIEZAPOMNIANE:)  Ale z tego wszystkiego zrobiło się nieco późno! A my jesteśmy przecież umówieni: w porze obiadowej mają do nas dojechać nasi KOLEDZY. Niestety! Pomimo bardzo sprawnego maszerowania - ONI byli szybciej! ALe na szczęście nie wyglądali na obrażonych, że nikt na nich nie czekał. Raczej na szczęśliwych, że już jesteśmy i czekanie się skończyło. Jednak powitanie, zakwaterowanie i pożegnanie miało ekspresowy charakter, bo przecież każda inna zupa może być jedzona na chłodno, ale nie NIEDZIELNY ROSÓŁ!!!  Zaś na drugie danie, kolejny przysmak: smażona pierś kurczaka, ziemniaki i mizeria: same smakowitości. Po takim obiedzie, nie można nic innego zrobić, tylko się położyć na popołudniową drzemkę. Jednak interesy w szczególe czasami się rożnią - niektórzy marzyli, aby tę IDYLLĘ przedłużyć jak najdłużej, inni wręcz przeciwnie. A więc wręcz przeciwnie, bardzo szybko poszliśmy do ogrodu z całym dostępnym sprzętem sportowym. Trzeba przyznać, że nasi chłopcy są perfekcyjnie przygotowani pod względem wyposażenia we właściwe stroje do transferów klubowych w całej Europie. Jednak sportowe zmagania szybko musiały się skończyć: złowrogo brzmiące grzmoty i granatowe chmury, z daleka widocznymi kominami deszczu - zapowiadały niezłą nawałnicę. Ale nie czekaliśmy, aby podziwiać piękno natury, tylko: co tu dużo mówić: uciekliśmy jeszcze przed pierwszymi kroplami ( które potem okazały się być symboliczne). A my - zasiedliśmy do podwieczorku. Dzisiaj kinowa propozycja: BANANY w towarzystwie filmowego hitu: MINIONKI -  które też babany uwielbiają:) Film trzymał wszystkich w napięciu do ostatnich kadrów. Niektórych trzymał bardzo dosłownie - ale w okowach snu. Więc na przebudzenie i dla profilaktyki zasiedzenia, wybraliśmy się na szybki, roboczy spacer na drugi brzeg rzeki (oczywiście nie wpław, tylko naszym ulubionym mosteczkiem), aby tu nazbierać mnóstwo ciekawych kamieni, kamyków i kamyczków, jako budulec do naszych przyszłych kamiennych stworzeni. Kamieni leżało w tym kamiennym miejscu bez liku. Zbieranie ich z nosem przy ziemi okazało się być bardzo przyjemne, bo prawie całe to miejsce porastały wonne gałązki mięty. Nawdychani miętowym aromatem, bogatsi o całą reklamówkę kamieni różnej maści i wyglądu: oddaliśmy rzece cząstkę jej własności: każdy mógł w końcu zrobić to, o czym marzy każdy idący po moście, nad rwącą rzeką: wrzucić z impetem kamień w wodę :) A potem niestety! Trzeba było pod naszą wielką górkę w dobrym tempie trzeba było wejść, żeby zdążyć na kolację, która dzisiaj nie mogła na nas czekać, poieważ była bardzo... LENIWA. Co to takiego odgadnijcie sami: na rozwiązania czekamy w dowolnym terminie :) Po tej pożywnej strawie, jakby nowe siły w nas wstąpiły i nareszcie mogła się odbyć: DYSKOTEKA NA DOBRY POCZĄTEK!!! Tym bardziej, że już jesteśmy na ZIELONYM PRZEDSZKOLU  w kąplecie: WSZYSCY OBECNI:)  No a potem już tylko małe SPRZĄTANKO, KĄPANKO I SPANKO!  I tak minął drugi dzień, a przed nami następny .. Więc Do jutra! :)
alt


 
alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień pierwszy

Email
No i zaczęło się :) Rano, raniutko, pomimo soboty, przed naszym Przedszkolem zebrała się gromadka DZIELNYCH przedszkolaków, którzy zdecydowali się na SUPER LEKCJĘ SAMODZIELNOŚCI. Zaczęło się od lekcji CIERPLIWOŚCI -  czekaliśmy cierpliwie na autokar. Ale przyjechał - pozytywnie oceniony przez odpowiednie SŁUŻBY. I ... mogliśmy ruszać w drogę. Niestety tym razem nie mogliśmy ocenić długości trasy długością trwania bajek,  bo KIEROWCA  zapomniał pilota do odtwarzacza ( a to przecież najważniejsze wyposażenie autokaru dziecięcego). Jednak okazało się, że bajki są zbyteczne. Czas szybko minął, droga się nie dłużyła, kiedy trzeba było - odpoczęliśmy i zjedliśmy pyszne pączusie, potem w miarę spokojnie wjechaliśmy i zjechaliśmy kręcącą się zakopianką. Pożegnaliśmy się  z naszymi towarzyszami podróży, czyli DZIELNYMI JAK MY PRZEDSZKOLAKAMI Z PRZEDSZKOLA NR 11 i w mgnieniu oka dojechaliśmy do naszego ZIELONEGO DOMU,  który o zgrozo jest ŻÓŁTY :) Trochę to skomplikowane pojęcie, to ZIELONE PRZEDSZKOLE. Pachnący obiadek już na nas czekał, a nam burczało w brzuszkach, więc z apetytem zasiedliśmy do stołów. Pierwsze ZIELONOPRZEDSZKOLNE MENU było łaskawe ( w sensie dla niektórych niejadków): zupka jarzynowa z zacierką po góralsku (czyli na śmietanie), ziemniaki, sznycel i młoda kapustka zasmażana. O ile nieco kłopotów było z zupką, o tyle drugie danie zniknęło szybko i sprawnie. Po obiedzie czas na najtrudniejsze logistycznie zadania pierwszego dnia: jak się dobrać w pokojac i jak się rozpakować, by od początku ubrania się nie pomieszały. No i okazało się, że oba zadania udało się wykonać sprawnie i  bez zakłóceń, a na dodatek wszyscy ZADOWOLENI!!! A więc możemy spokojnie wybrać się na pierwszą ZWIADOWCZĄ WYPRAWĘ -  na początek sprawdzimy, jak wygląda okolica, kiedy wybierze się drogę na prawo od ZIELONOPRZEDSZKOLNEGO DOMU. Było ciekawie i przyrodniczo i geograficznie i turystycznie i aromatycznie:) Gdyż: mieliśmy okazję zadziwić się wonią obory ( "co tak pachnie? - chyba słoń" ), zniechęcić smrodkiem kwitnących jarzębin ("fuj ochyda") i zachwycić aromatem leśnych woni - na szczęście przeważających w tej aromatoterapii:) Turystycznie mieliśy okazję poruszać się po drożynach wypełninych błotkiem, omijać kałuże, korzenie, kamienie, patyki - balansować na krawędziach ścieżynek, ratując buty i spodnie.  Przyrodniczo: zapoznaliśmy się botanicznie z jaskrami, mleczami, fiołkami, przetacznikami i niezapominajkami (tak podobnymi do siebie) kwitnącymi poziomkami, jagodami i borówkami - zapowiadającymi letnie zbiory, mchem porastającym stare pniaki i wyciekającą żywicą z drzew, a zoologicznie: z pieskami stróżującymi i groźnie wyglądającymi, dwiema cudnie muczącymi na nasz widok krowami ( zresztą nie zostawiliśmy ich bez odpowiedzi), owieczkami gdzieś daleko i konikami w jeszcze większej oddali. Geograficznie: zachwyciliśmy się po raz pierwszy tatrzańskimi skalnymi szczytami, pokrytymi jeszcze w wielu miejscach łatami śniegu ... Cały ogrom obserwacji! Więc wracamy do DOMU! ( "A jak wrócimy? - Odwróć sięi idź tak samo!") Wróciliśmy - i mieliśmy jeszcze czas na zabawę w ogrodzie. Oczywiście piłka leżąca na boisku, w jakiś tajemniczy sposób od razu przywołała do siebie chłopaków. Pozostali opanowali zjeżdżalnię i huśtawki, zapoznali się z pieskiem zza płotu, slalomowali pomiędzy tujami, lub wycieńczeni tym ogromem przyrody i swawoli, odpoczywali w altance. Latające wokół jaskółki, karmiące małe pisklątka w gniazdkach pod balkonem, przypomniały nam, że czas na kolację. Przebojem okazały się kanapki z pasztetem - ten góralski smakuje zupełnie inaczej niż nasz. Nieco mniejszym zainteresowaniem cieszyły się kanapki z białym serkiem, pomidorkiem i jajkiem - ale też zeszły :) Potem czas na bajkę i jeszcze jedna BARDZO WAŻNA rzecz do zrobienia na dziś: musimy uzgodnić KODEKS ("Co to jest, to co wisi w każdej sali w naszym przedszkolu? - Krzyż"). Efektem owocnej wychowawczej dyskusji jest ZIELONOPRZEDSZKOLNY KODEKS,  który bedzie towarzyszył nam przez WSZYSTKIE TE DNI, KTÓRE JESZCZE PRZED NAMI ... Z których pierwszy już dobiegł końca:) Jeszcze tylko spotkanie z mydłem, szczotką, gąbką, wodą ... Jeszcze tylko poszukiwania zagubionych piżam ( "a... przecież jest pod poduszką") i można zaśpiewać: "Idzie niebo ciemną nocą ... śpijcie spokojnie aaa"  Do jutra!:)


alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt