Przedszkole nr 11 w Chorzowie

Zielone Przedszkole 2017

Podsumowanie

Email
ZAMIAST ZAKOŃCZENIA:

W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami ...
Kozy kują podkowami?
Co za brednie ktoś tu pisze!!!
Większych chyba nie usłyszę!
BO TE dzieci wraz z Paniami
Sławnej Kozy szły śladami!!!
Więc błąkały się po górach
I szukały nawet w chmurach
I w pienińskich zamkach także

Pod Giewontem - no a jakże
Na basenach, no i w Kinie
I w KENARZE i na Statku
W Odwróconym Domu na ostatku!
Tutaj nie ma, tam nie było
Bez spotkania się obyło:(((
Lecz dzieciaki - mądre głowy
taki mają pomysł nowy:

- zamiast błąkać się po świecie,
trzeba książkę CZYTAĆ przecie...
więc: DO DZIEŁA, MAMO, TATO!
Dajcie książkę im na lato!
MAKUSZYŃSKI jej autorem
Bohaterem zaś  MATOŁEK
Niech poznają przygód wiele
Wszyscy MALI PRZYJACIELE :)))


alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt

Dzień Siódmy

Email

DZIEŃ SIÓDMY
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
Tym razem także nie! W całym domu rumor wielki
Ktoś do łóżek dał cukierki,
I papierem poowijał: lampy, szafy i  kołderki:)


W taki sposób Duszek Zielonego Przedszkola żegna się ze swoimi przedszkolakami!  Taki bałagan! Ale jaka radość! A jakie smakołyki!!! A kto za tym wszystkim stoi? Kto to zrobił? Pomysły i podejrzenia są różne. Kto ciekawy co na ten temat myślą dzieci, niech sobie poogląda tutaj: 

 


Po tej wesołej porannej awanturze, wszyscy z burczącymi brzuszkami zjawili się w wesołych humorach na ostatnim śniadaniu. Oj trzeba się dobrze najeść bo przed nami ogrom roboty. Musimy to wszystko, co nam Rodzice wpakowali do toreb i walizek, wpakować do nich z powrotem. Na dodatek trzeba dobrze trafić - znaczy się swoje rzeczy do swojej torby. Mamy nadzieję, że się to trudne zadanie udało???
Komu już udało się ujarzmić wszystkie skarpetki, koszulki, spodenki i inne części garderoby, mógł jeszcze aż do obiadu poharcować po naszym podwórku - bo pogoda sprzyja nam aż do końca pobytu:)

A potem już tylko rzeczy nadzwyczajne:
- WRĘCZAMY specjalne DYPLOMY UZNANIA za zdobywanie Sprawności PRZEWODNIKA TATRZAŃSKIEGO
- WRĘCZAMY specjalne NAGRODY za koleżeństwo, udzielanie pomocy, grzeczność, kulturę i za cały czas spędzony RAZEM
- WRĘCZAMY specjalne NAGRODY za fajne zabawy, wysiłek fizyczny podczas wędrówek, aktywne spędzanie wolnego czasu, ciekawość  i chęć poznawania nowych rzeczy
- WRĘCZAMY DZIENNICZEK I PAMIĄTKI REGIONALNE: aby nam wciąż przypominały o każdej chwili spędzonej na ZIELONYM PRZEDSZKOLU:)

A potem już rzecz najważniejsza: SPECJALNE PODZIĘKOWANIA I : HIP HIP HURA DLA:
- PANI ULI I KRYSI - za codzienne pyszne posiłki, za to że gotowały nam to co dzieci chciały, za dokładek bez liku, cierpliwe czekanie aż wrócimy z wędrówek  i za to, że było nam tu JAK W DOMU:)))
-  PANI EWY, PANI MAGDY I PANI JUSTYNY za to, że DZIELNIE zastępowały dzieciom MAMĘ  i TATĘ, za POMYSŁY, ENERGIĘ, 100 RĄK I USZU, HUMOR I CIERPLIWOŚĆ :)))

A potem już rzecz ostateczna: ostatnia sesja zdjęciowa i MARSZ do autokaru!
Spokojnej Drogi!!!
A czy coś się jeszcze raz wydarzy, czy coś ciekawego czeka nas? 
Z pewnością TAK,  ale to już będzie opowieść na inny czas:)
 

P. S.
AUTOR  serdecznie przeprasza za opóźnienie w publikacji, lecz po powrocie przebywał w strefie  "bezINTERNETOWEJ"

P.S.
AUTOR  równie serdecznie DZIĘKUJE za WASZE wzruszające i wspaniałe komentarze!!!

 

alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt    

Dzień Szósty

Email
DZIEŃ SZÓSTY
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
Dziś też jeszcze nie! Dziś dzieciaki poszły w miasto
Oglądają i zwiedzają , kolejką w górę, w dół zjeżdżają
malarzy i rzeźbiarzy podziwiają, świat do góry nogami przewracają.


Ale zanim poszły ... to z radością przyjęły to, co do nich przyszło! A przyszła do nas PACZKA. Najprawdziwsza, zaadresowana, ze znaczkiem i P.S dopisaną  UWAGĄ: żeby doręczyć paczkę Dyrektorowi  - Opiekunowi dzieci, przebywających na Zielonym Przedszkolu - zresztą można to przeczytać  na zdjęciu. To zdziwienie i radość, które pojawiło się w oczach dzieci - BEZCENNE:) W ich imieniu i własnym bardzo bardzo DZIĘKUJEMY. A co było w środku? Kolorowe Buttony z okazji DNIA DZIECKA. Ale był tam też dodatek dla Pań: MEDAL SUPER - OPIEKUNA!!! Imiennie każda Pani została ODZNACZONA. A my te medale dumnie przypięłyśmy do bluzek i tak sobie dzisiaj paradujemy:)))  DZIĘKUJEMY :)))
Trochę poświętowaliśmy po śniadaniu - ale nie za długo, bo już minibusy czekają. Dzisiaj cały dzień poznawać będziemy ciekawe miejsca w Zakopanym. Niektóre tylko!!! Bo wszystkich nie ma chyba nawet opisanych we wszystkich przewodnikach. A zresztą, jak się później okazało, pojawia się dużo niespodziewanych i nowych atrakcji, a inne "oczekiwane" znikają, nie wiadomo dlaczego. Ale pierwsza nasza atrakcja stoi na swoim miejscu od 140 lat!!! I właśnie obchodzi swoje URODZINY. Przyjęto nas w Liceum Plastycznym  KENAR  miło, ale bez zbędnych ceregieli. Pozwolono nam "szwendać się" po całym budynku i zaglądać do wszystkich miejsc. Tak trafiliśmy do Galerii, którą uczniowie stworzyli na 140 urodziny swojej szkoły - zresztą cała szkoła przypomina galerię, bo wydaje się, że wszystkie sprzęty są  dyplomowymi "dziełami" uczniów. A potem spotkaliśmy RZEŹBIARZA,  który zagarnął nas do swojej pracowni. Czego tu nie było: maski przede wszystkim,(najwięcej takich czarowskich i diabelskich - ale wiemy dlaczego- ich twórca to Piotr BIES) rzeźby z gliny ale przede wszystkim ogrom "rzeźbiarskich kafelek" (takimi własnoręcznie robionymi kafelkami chcemy okleić nasze przedszkolne "oczko" wodne - ale to strefa marzeń). Tutaj otrzymaliśmy lekcję tworzenia rzeźby w glinie i odlewów z gipsu. No, a przede wszystkim pokaz jak zrobić najprostszą maskę z masy papierowej. I cały ogrom MASEK na pamiątkę. W tajemnicy Artysta pokazał nam swoje ostatnie dzieło: ogromną postać Piłsuckiego. na pożegnanie umówiliśmy się na warsztaty rzeźbiarskie i babranie się w glinie :))). Po wyjściu z Liceum  powędrowaliśmy w kierunku niedalekich Krupówek, podziwiając po drodze drewniane góralskie wille. Kiedy przedarliśmy się przez tłum kupujących i sprzedających, stanęliśmy pod dolną stacją kolejki na GUBAŁÓWKĘ.  Udało się nam trafić na moment, kiedy żadnej kolejki do Kolejki. Szybko kupiliśmy bilety i po nieco skomplikowanej procedurze odbijania biletów, byliśmy na peronie . Kolejka właśnie nadjechała ... i mogliśmy pojechać w górę.  Szkoda że tak krótko trwa ta górska wyprawa, ale i tak emocje są duże, zwłaszcza w momencie mijania się pociągów. Podobno nigdy nie wiadomo z której strony pociągi się miną  - i to wielka loteria? Czyżby rodziła się kolejna legenda tatrzańska? Na górze nasze stałe miejsce odpoczynkowo-widokowe było zupełnie puste!!! Mogliśmy więc delektować się pysznym widokiem całej panoramy Tatr (wszyscy już bezbłędnie odnajdują sylwetkę Śpiącego Rycerza) i  degustować pyszne ciasteczka drożdżowe na drugie śniadanie. Po posiłku w tak niecodziennej scenerii, zdjęciowa sesja "pokojowa" i... zjechaliśmy kolejką w dół - na deser z okazji Dnia Dziecka. W taki dzień możliwy jest tylko jeden deser: oczywiście lody. Bardzo bardzo miła Pani udzieliła nam świątecznego, bardzo bardzo korzystnego rabatu - i teraz delektowaliśmy się smakiem pysznych kręconych lodzików :). Po tej ochłodzie, koniecznej  w taki cieplutki, słoneczny dzionek, mieliśmy już dobry zapas sił, żeby teraz zdobyć trochę wiedzy tatrzańskiej, no i spotkać się z Kornelem Makuszyńskim -"tatusiem" Koziołak Matołka. Poszliśmy więc Krupówkami w kierunku Muzeum, ale pierwsze jest Muzeum Tatrzańskie (oczywiście po drodze, w międzyczasie udało się nam także zaopatrzyć w niezbędne pamiątki ). Tak nam się dobrze po Zakopanym dzisiaj chodziło, że nie dowierzaliśmy swoim oczom, kiedy w końcu sprawdziliśmy - jak długo już tutaj jesteśmy. Trochę skłoniła nas do tego uwaga pani kustosz Muzeum Tatrzńskiego: Zapraszam, jeszcze zdążycie! -Jak to zdążymy? Przecież dopiero było południe??? Wróciliśmy do rzeczywistości - było już po 15. Zwiedzając sale muzealne, już wiedzieliśmy, że nie zdążymy do Willi twórcy opowieści o Koziołku Matołku - bo tam też zamykają o godz. 16.00??? Nooooo cóż - podobno sztuką życia jest dostosowywanie się do zmian, i cieszenie się drobiazgami. Więc nie przejęliśmy się tymi wieściami, tylko z zainteresowaniem oglądaliśmy wnętrza domów góralskich, wyposażenie, narzędzia i sztukę góralską , a potem zachwycaliśmy się wykopaliskami archeologicznymi i eksponatami przyrodniczymi: Czy te zwierzęta były prawdziwe??? Ups - trochę ciarki przechodziły po plecach patrząc w oczy misiowi, wilkom, lisom i rysiowi. Musieliśmy się po tych emocjach koniecznie posilić. Co też uczyniliśmy u stóp szacownego Muzeum. Teraz nie zostawało nam już nic innego, jak tylko przestawić nasz plan do góry nogami: postanowiliśmy iść się dobrze zabawić do "Domu do góry nogami" - ta atrakcja jest czynna do godz. 18.00:))) Po drodze okazało się, że nie ma już w Zakopanym Muzeum Misiów - oj ciekawe dokąd się przeniosły ze stolicy Tatr??? "Dom na opak" widoczny jest z daleka - śmieszna sprawa: od samego patrzenia robi się dziwnie w oczach i żołądku. W środku jest jeszcze gorzej - nie można wcale utrzymać równowagi!!!   Jest jednak sukces: wszyscy utrzymali zawartość żołądka na swoim miejscu - nadajemy się na marynarzy dalekomorskich i oceanicznych:))) Teraz już tylko spacer po parku, pamiątkowe, pożegnalne zdjęcie z ZAKOPANYM z GIEWONTEM w tle ... i już mkniemy minibusami do domu na obiado-kolację. Grono naiwnie nieco myślało, że nasi milusińscy nie będą mieć sił, ale ... do zabawy na podwórku siły są zawsze. Do dyskoteki na  DOBRE ZAKOŃCZENIE DNIA również. Oczywiście dzisiaj - pomimo prawdziwego DNIA DZIECKA,  nie ma już mowy o braku kąpieli! A potem jeszcze tylko rzeczy oczywiste: ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, i obietnica  spokojnych, kolorowych snów... chyba, że DUSZEK ZIELONONOCNY postanowi inaczej???

A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
Właściwie wiadomo - pakowania czas
Ale to już opowieść na inny czas:)
 

 
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień Piąty

Email
DZIEŃ PIĄTY
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
Dziś też jeszcze nie! Dziś się w ryby zamieniły
W klapki, stroje uzbroiły
i na termy pojechały,
się kąpały i chlapały.


Ale ... najpierw się wyspały:  6.30 - wszyscy śpią. 7.30 - większość dalej śpi, 8.00 - trzeba niektórych ściągać z łóżek, bo śniadanie za chwilę. Śniadanko sprawnie zjedzone, stroje kąpielowe spakowane, dodatkowe jedzonko na "wilczy głód" przygotowane. Za oknem oczekiwane zachmurzenie pełne, z chmurami kłębiastymi. Jesteśmy więc gotowi na totalną kąpiel i ablucje wodne, tym bardziej, że przecież wczoraj obchodziliśmy "Nieoczekiwany Początek Dnia Dziecka" i woda z mydłem niewątpliwie się przyda naszym nogom!!! i uszom szczególnie:))). Na basem jechaliśmy  sobie autobusem przez Zakopane i Kościelisko w towarzystwie Giewontu, choć dzisiaj nieco ukrytego za deszczowymi chmurami. Za Witowem na granicy z Chochołowem już z daleka zauważyliśmy charakterystyczne termalne ... REKLAMY. Ale tuż za nimi olbrzymi parking i budynek jak ogromna góralska chata, z tarasami wypełnionymi wodą. Jesteśmy na miejscu! Szybka realizacja rezerwacji, przydział zegarków i ... wędrujemy do szatni. Tutaj arcytrudne zadanie matematyczne: trzeba odczytać na czytniku czterocyfrowy  numerek szafki zakodowany na zegarku i szybko odszukać szafkę z takim właśnie numerkiem, ponieważ ... szafka otwiera się tylko wtedy, kiedy numerek się wyświetla. Uff ... straszna robota. Straciliśmy na poszukiwania numerków chyba z pół godziny. Całe szczęście, że mamy wykupione wejście bez limitu czasowego. ale zawsze szkoda ... System kodowania szafek nie jest więc szczególnie mocną stroną Chochołowa - oczywiście z punktu widzenia grup przedszkolnych. Ale cała reszta ... robi bardzo dobre wrażenie:) Polecamy:)))  Prawdziwy relaks i super zabawa. Jak zwykle kiedy jest fantastycznie, to czas ucieka szybciej, więc hasło do odwrotu nie zostało przyjęte z aplauzem. Ale co zrobić? Trzeba wracać na obiad, a poza tym, nasze dłonie (i nie tylko) zaczynały się już nieźle marszczyć :))) Ubieranie poszło nam sprawnie, z jedną usterką techniczną - rozkodował się jeden z zegarków, co przysporzyło nieco kłopotów obsłudze. Ale wszystko skończyło się dobrze - i nikt nie musiał wracać w stroju kąpielowym do domu. Po wyjściu z basenu głodne oczy spoglądały na nas z niezwykłą żarłocznością - o jak dobrze, że zabraliśmy znowu kanapki ze śniadania!!! Całe szczęście, że jedziemy prosto na obiad! I całe szczęście, że chodzimy między kroplami. To znaczy pada jak jedziemy, a jak idziemy to nie pada :))) Mamy szczęście!!! Dziś dzień zawrotnego tempa! Obiad  o 15.00 więc skończymy około 16.00 a na 17.30  mamy rezerwację seansu kinowego. Więc trzeba zjeść, co jest do zjedzenia - bez grymaszenia (ale to się absolutnie nie zdarza) i wsiąść do autobusu, żeby dojechać do Kina na czas. I to się oczywiście udało. Byliśmy nawet lekko przed czasem, więc mogliśmy zerknąć na Krupówki i rozpocząć poszukiwania pod tytułem "Co się w tym sezonie proponuje turystom w Zakopanym". Nie rozpoznaliśmy jednak dokładnie "rynku" - więcej czasu będzie na to jutro. a teraz "Czas na Kino": w repertuarze na dziś, przewidziano SMERFY, więc zagłębiamy się w świat grzybowej wioski Smerfów. Okazało się w trakcie filmu, że mają tam tak jak u nas na Zielonym Przedszkolu:  trochę chłopaków i trochę dziewczyn - więc jest w końcu smerfno -  sprawiedliwie!!! Nieco stresu Dorosła część widowni przeżyła gdy film zmierzał do końca - zrobiło się melancholijnie strasznie i smutno ( Zaraz wszyscy zaczną płakać i my ich potem nie uspokoimy - to była myśl, która pojawiła się w dorosłych głowach). Ale na szczęście, ci co już film widzieli, od razu zaspojlerowali innym zakończenie, oznajmiając donośnym szeptem: ZARAZ BĘDZIE WESOŁO!!! Więć w finale wszyscy mieli roześmiane oczy i buzie, niektórzy w pierwszym rzędzie z radości i euforii klaskali i tańczyli. I w ten sposób wszystko skończyło się klasycznie: szczęśliwie i wesoło. Droga powrotna do domu też minęła spokojnie, a kolacja minęła jak zwykle: żarłocznie :) Dzisiaj pani Ula zaskoczyła wszystkich zapiekanką, która znikała w ilościach niewymownych. Ale ... nauczona doświadczeniem kluskowym, Gospodyni zabezpieczyła się na wszelkie przejawy nieograniczonego popytu. Dzień był niby nie męczący, bo sama rozrywka i relaks, ale ... wszyscy chętnie wskakiwali do  łóżek, przytulali się do poduszek i okręcali kołderkami. Może będą kontynuować wizytę w Smerfnej Dolinie, a może harce na basenie? Oczywiście w realu dzisiaj nie ma już mowy o kąpieli! Ponieważ ogłoszony został Drugi  Prezent Dzień Dzieckowy, przyjęty ogólnym zrozumieniem. Więc jeszcze tylko rzeczy oczywiste: ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, i obietnica  spokojnych, kolorowych snów... I nowych przygód jutro!

A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
A to już opowieść na inny czas:)      

 
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień Czwarty

Email
DZIEŃ CZWARTY
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
Jeszcze nie! Dziś dzieciaki wraz z paniami, uciekły gdzieś autobusami.
Pojechały w kraj daleki, tam gdzie zamki, gdzie jeziora
Pozwiedzały, popływały, przed duchami uciekały???


Jakie tam uciekały! Jeżeli już to przed deszczem - ale : Duchy? Kto wierzy w Duchy? Chyba, że mówimy o Brunhildzie! Jednak na początku dnia było trudno. Pieniny daleko, więc trzeba było wstać nieco wcześniej, a to było bardzo trudne... Ale jakoś zdążyliśmy, byliśmy nawet przed autobusem (ale tylko dlatego, że w Zakopanym były korki i nie potrafił  do nas dojechać).  Droga w Pieniny też była trudna, w stylu: w lewo, w prawo, i w górę, i w dół. Całe szczęście, że obyło się bez większych komplikacji. Komplikacje pojawiły się, kiedy okazało się, że Przewodnik - a właściwie Przewodniczka na "specjalne nasze życzenie" została umówiona na godz. 15.00. Wszelkie kombinacje matematyczne dotyczące czasu i przestrzeni oraz wzajemnych relacji i zależności, wykazały, że z czegoś musimy zrezygnować. Wstępnie postanowiliśmy się skoncentrować na militariach, czyli na zamkach. Pojechaliśmy więc do Zamku Czorsztyn, żeby zwiedzić ruiny zamkowe. Wspięliśmy się na Dziedziniec zamku dolnego i Górnego, wspinaliśmy się dalej do zamkowej kuchni i piekarni, wspinaliśmy się jeszcze wyżej do baszty, żeby z tarasu górnego podziwiać panoramę całego Zbiornika Czorsztyńskiego. I ten zbiornik , czyli  Jezioro Czorsztyńskie przepłynęliśmy statkiem o dumnej nazwie HALNY. Całe szczęście, że nie wiał prawdziwy halny, ale czapki i plecaki i tak trzeba było trzymać, żeby  nie wpadły do wody, ale to nie z powodu wiatru :) Potem dalej było trudno - dzisiaj trudno było zaspokoić głód naszych "żarłoczków". Korzystając ze "starej znajomości"  usiedliśmy w kawiarence na przystani i zaczęliśmy konsumcję ... Na pierwszy ogień poszły mięciutkie drożdżowe rogaliki. Nawet nie zauważyłyśmy, kiedy na drugi ogień poszły bułki. Nieco przeraziłyśmy się, kiedy po kolei wszyscy przychodzili po dokładki ... Całe szczęście, że mamy zwyczaj zabierania  dodatkowego prowiantu ze śniadania :) No powiedzmy, że zadowoleni byli wszyscy chętni. Tak nadszedł czas na zwiedzanie Zamku w Niedzicy, ale po drodze najpierw weszliśmy do WOZOWNI, czyli "garażu" dla karet. Naszą największą uwagę skupił powóz, powożony przez ówczesne Guwernantki. Opiekunka dzieci, jedną ręką powoziła  konia, a drugą ręką zabawiała przewożone dzieci. Jak widać, zawód Przedszkolanki od dawien dawna wymagał dużego zaangażowania i wszechstronnych umiejętności. Po wizycie w wozowni, nad zamkiem zgromadziły się ogromne czarne chmury, więc schroniliśmy się pod wielkim klonem, stojącym nieopodal bramy wejściowej do zamku Niedzica. Na szczęście, nadszedł czas, kiedy mogliśmy tę bramę przekroczyć i schronić się pod skrzydła ulubionej Przewodniczki  - pani ALi, z którą  umawiamy się na specjalne nasze życzenie co rok ( bo ma dziewczyna "gadane"  i właściwy: wysoki poziom kontaktu z dziećmi). W tak zwanym międzyczasie, krole deszczowe zdążyły popadać. (A wiecie dlaczego pada? Zapytał Robert zagadkowo pokazując winowajcę palcem - Bo "on" przeklnął i Pan Bóg zapłakał). Widocznie nie było to poważne przekleństwo, bo kiedy wchodziliśmy na dziedziniec, deszczu już nie było. Przedszkolaki za panią Alą wędrują jak na sznurku, zachwycone wpatrują się w usta przewodniczki, chłonąc każde słowo. Zwłaszcza szybko podchwyciły jej propozycję, żeby dla prezentacji działania maszynerii zwanej dybami, zakuć w nie panią Dyrektor. Pisząca te słowa torturom się poddała dobrowolnie, w celach naukowych. A prawdziwym przebojem była oczywiście  historia Brunhildy i  jej męża Bolesława opowiadana nad nieszczęsną studnią.. Jak zwykle opowieści towarzyszyły pytania: - a z którego okna Brunhilda została wyrzucona, - a czy Brunhilda żyje? - a przyjdzie tutaj,  - a gdzie straszy? Pani Ala niezłomnie na te pytania odpowiada. Sama zadawała  jeszcze ciekawsze w stylu: TAK czy NIE? No to NIE czy TAK? Na dziedzińcu górnym wzięła nawet udział w naszej przedszkolnej sesji zdjęciowej. Potem jeszcze pozostało nam zwiedzanie komnat ostatniej mieszkanki zamku - Ilony Salamon,  i... trzeba się pożegnać z Zamkiem Dunajec, a przede wszystkim z Przewodniczką  ALą. To ostanie jest chyba najtrudniejsze.  Nie żegnamy się jednak na długo - cóż to jest rok w dziejach średniowiecznego zamku? Oczywiście po deszczu nie zostało nawet śladu - choć daleko na horyzoncie, gdzieś w okolicach Trzech Koron, skumulowały się czarno-granatowe chmurzyska. O jakże dobrze się stało, że się planowanie pozmieniało:) Więc spokojnym krokiem poszliśmy sobie na tamę - czyli zaporę, czyli wierzchołek elektrowni wodnej. Porównaliśmy wielkość górnego zbiornika i wielkość dolnego zbiornika. Ostatnie spojrzenie na oba zamki - "pokojowa" sesja zdjęciowa, i ... jedziemy do naszego "zielonego" domu. Większość zasnęła - co ułatwiło sprawę podróżowania w stylu: w lewo, w prawo, i w górę i w dół. Na obiado - kolacji jednak znów było trudno: no bo kluski  były za dobre, i klusek zabrakło, zresztą pieczeń i sos też były za dobre:) Pani Ula potem ze zdziwieniem zapytała -  to ile wy w kuchni gotujecie klusek? Na sztuki? Przykro mi - nie wiem :((( ale się dowiem :))). Teraz już wszystko wydawało się proste, ale nie ...  musiało się utrudnić. Gdzieś niedaleko słychać było burzę. I nagle, w samym środku bajki na dobrą noc ... zgasło światło. O dziwo nikt nie zapiszczał nawet. Przy świetle telefonicznych latarenek -  co to znaczy zdobycze techniki - przetransportowaliśmy się do pokoi, żeby spokojnie korzystając z ciemności położyć się spać. Oczywiście nie ma mowy o kąpieli! Więc ogłoszony został Pierwszy Prezent Dzień Dzieckowy, przyjęty jednogłośnie aplauzem. Więc jeszcze tylko rzeczy oczywiste: ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, i obietnica  spokojnych, kolorowych snów... I nowych przygód jutro
A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
A to już opowieść na inny czas:)      


 
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień Trzeci

Email
DZIEŃ TRZECI
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
I tym razem nie! Dziś Dzieciaki idą Dolinami
Razem z wiatrem, strumieniami, kamieniami i głazami
Zachwycone dziś stanęły pod górami i krzyżami!


O... To znaczy, że byliśmy na cmentarzu??? No nie, wolne żarty:))) Ale od początku ...  Godzina 7.30, cisza dookoła, ranek przecudnie słoneczny, ptaszki ćwierkają za oknem.  Czyżby  dzieci nie było o tej porze w budynku? O nie, są wszystkie: ciałem 100% obecne, a  niektóre są nawet obecne duchem - ale takie ciche, jakby ich nie było. Rysują, książki oglądają, klocki liczą, zęby myją, od samego ranka - taka zielono-przedszkolna sielanka:)))  Pomimo lekkiego zaspania, a raczej wylegiwania - wszyscy zdążyli się przygotować do śniadania. Dzisiaj nawet mleka zabrakło!!! Ale wszyscy już wiedzą: zupka i bułeczka  - to taka nasza norma śniadaniowa. Zjedzone - i ekipa do kolejnej wędrówki gotowa. Dzisiaj jedziemy w kierunku Zakopanego. Przez całą drogę towarzyszy nam zza szyb minibusów skalisty profil Zaklętego Rycerza. Dojechaliśmy w końcu do Bramy Wejściowej do Doliny Strążyskiej, wykupiliśmy stosowne bilety. Przypomnieliśmy sobie zasady zachowania w Parku Narodowym - i jesteśmy gotowi do wędrówki i przyrodniczych obserwacji. A tak w ogóle: ciekawe czy wiecie co oznacza nazwa Doliny Strążyskiej? Otóż podobno słowo STRĄG oznaczało zagrodę do dojenia owiec. Idąc Doliną cały czas się zastanawiamy  - gdzie te owce się tu pasły. W Dolinie Strążyskiej zaobserwowaliśmy wszystko: motyle, chrabąszcze, "gada jaszczurkę", który okazał się być płazem salamandrą, ślimaki "dzidziusie", poprzewracane drzewa, porośnięte mchem i koniczyną, która okazała się być Szczawikiem zajęczym. Minęliśmy "płotek" buczynowy za domem leśniczego, mały stawik porośnięty kaczeńcami, ogromne głazy w rzece porośnięte długimi mchami i głazy na drodze porośnięte mikroskopijnymi, naskalnymi "ogródkami" z kwiatami we wszystkich kolorach.  Wszystko to widzieliśmy, ale jakoś nie widać polany, na której owce mogłyby się wypasać. Nie widzieliśmy - ale zobaczyliśmy (co prawda owiec tu już nie ma od dawna). Kiedy już przeszliśmy przez wszystkie mosty strążyskie, nasłuchaliśmy się szumu strążyskiego potoku i napatrzyliśmy się na  mniejsze i większe wodospady, i wodne kaskady z kłębiącą się wodną kipielą - to zobaczyliśmy ogromną łąkę z wielkimi głazami, a potem zobaczyliśmy JEGO!  Zaklętego Rycerza! I znowu wielkie: ŁOŁ, ALE WIELKI, JEST GIEWONT, WIDAĆ KRZYŻ (no i sprawa KRZYŻA  się wyjaśniła). Tak się jakoś "szczęśliwie" złożyło, że w tłumie turystycznych grup rozlokowanych pod Giewontem, nastąpiło właśnie  przeszeregowanie i przy stołach miejsce się dla nas zwolniło. No to się rozsiedliśmy, powyciągaliśmy swoje prowianty i Wasze skromne słodycze:))) i ...zapatrzeliśmy się z zachwytem, i przy pomocy lornetki,  na Giewonta "oblicze". Na szczęście czas nas dzisiaj "nie gonił" i mogliśmy sobie siedzieć do woli. Lecz  kiedyś trzeba było odejść, żeby wrócić na obiad we właściwej porze. Mieliśmy nawet czas na pozowane "pokojowe" (to znaczy tych, którzy mieszkają razem w pokoju, a nie w sensie "rozbrojenia") sesje zdjęciowe z Rycerzem w tle. (Potem się okazało, że być może kamień, na którym "pozowaliśmy" skrywał tajemne wejście do groty, w której śpią pozostali zaklęci rycerze, bo odnaleziono na nim wyjątkowo pasującą do opisu według legendy rysę)  Dzięi temu, że jesteśmy już zaprawieni w maszerowaniu, pakowaniu plecaków po odpoczywaniu i korzystaniu z toalety - okazało się, że przyszliśmy Do Początku Doliny wcześniej, niż to było umówione z autobusem. No i mieliśmy trochę czasu. Więc ... postanowiliśmy ... rozpocząć ... Świętowanie Dnia Dziecka po raz pierwszy w tym tygodniu: więc się zaprosiliśmy na pyszne LODY:)))  Ale nie było tak prosto! Zadanie było takie: każdy sam, najpiękniej jak potrafi i według zasad dobrego wychowania musi zamówić sobie lody. No i wszyscy stanęli na wysokości zadania: nie zabrakło słów POPROSZĘ i  DZIĘKUJĘ, a Pani "Lodziarce" uśmiech też nie schodził z twarzy. Ta porcyjka lodowych kalorii absolutnie nie przeszkodziła żadnemu przedszkolakowi w zjedzeniu pysznego obiadku, który już na nas czekał. Zaserwowana zupa jarzynowa po góralsku, czyli na śmietanie, wszystkim przypadła do gustu, ale prawdziwym rarytasem okazało się drugie danie, czyli ... SPAGETTI. Po takim obżarstwie konieczna jest chwila odpoczynku. Chwila, to chwila ... więc szybko minęła, i już byliśmy w ogrodzie, gdzie każdy ma już swój sposób na miłe i aktywne  spędzanie czasu. Ale jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy okazało się, że na kolację zostajemy w ogrodzie. No może nie całkiem ... Zaproszono nas do małej przytulnej altanki z kamiennym paleniskiem pośrodku. Nad ogniem kołysał się już ruszt z rozłożoną pachnącą kiełbaską - CZAS NA OGNISKO! Po tym smakowitym biesiadowaniu, sporo czasu upłynęło nam na wspólnym śpiewaniu - jak to przy ognisku :) Jednak czas nieubłaganie płynie i "wieczór zapadł, ciemno już" i "ogniska już dogasa blask" i trzeba sobie powiedzieć:  "przy innym ogniu w inną noc, do zobaczenia znów" i "w cichym śnie, spocznij już". Ale po drodze do domu była okazja do edukacyjnego spotkania z astronomią - bo oto ukazał  się nam księżyc, niczym rogalik na niebie (nasze przedszkolaki  po jego kształcie bezbłędnie określiły, że się Dopełnia ) a nieopodal Księżyca zidentyfikowaliśmy najjaśniejszy w tej chwili obiekt na wieczornym niebie, czyli planetę Jowisz. Oj wiele się dzisiaj ciekawego wydarzyło!  A potem już tylko rzeczy oczywiste: kąpiel, ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, dziś oczywiście bez  wspólnego słuchania bajeczki - bo przy ognisku słuchaliśmy legendy o Zaklętych Rycerzach, ale z obietnicą spokojnych, kolorowych snów... I nowych przygód jutro

A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
A to już opowieść na inny czas:)      
Choć my już wiemy, że jutro znów długo nie będzie nas -nawet w zasięgu telefonów, bo jedziemy w PIENINY:)))
alt
 
alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień Drugi

Email
W Poroninie pod górami, nad łąkami, pod lasami, kozy kują podkowami?
Nie! To tylko przedszkolaki znów zrobiły rumor taki:
Spakowały swe plecaki, zawiązały sznurowadła
I wędrują pod chmurami jakby ptaki.

A wcale nie! Bo nie było ani jednej chmurki ani obłoczka na niebie. Ale od początku ... Rano, dość wcześnie jak na niedzielny poranek, bo około godziny szóstej, ktoś przebiegł jak wicher szalony z dołu do góry po wszystkich piętrach, no i się zaczęło ... Ale na niektórych nie zrobiło to żadnego wrażenia i spali snem sprawiedliwych aż do samej 8.30 ledwo,  ledwo zdążając na śniadanie. A na śniadaniu - jaka niespodzianka dietetyczna: prawie 100% przedszkolaków zajada się zupą mleczną (oczywiście są tacy co wolą same chrupki, a mleka jak najmniej, albo czekają z upodobaniem, aż z całości zrobi się "apetyczna bryja") ale reklama: Pij mleko będziesz wielki zrobiła swoje:) Potem jeszcze po bułeczce i można w tempie szykować się do wymarszu. Jedziemy szosą "widokową"  w kierunku wejścia do TPN Wierch Poroniec. Tu zaczynamy nasze wędrowanie szlakiem zielonym - oczywiście po przybiciu 40 pieczątek TPN i jeszcze 40 okolicznościowych. Teraz też jeszcze nie możemy iść - no bo co to oznacza Park Narodowy? co wolno, a czego nie należy? Ale kiedy wiedza należycie uzupełniona i uściślona: można iść!  Ścieżka wije się, skręca, ukazując to z lewej, to z prawej strony strome, skalne granitowe jeszcze ośnieżone szczyty Tatr Wysokich. Wprawione bystre oczy z łatwością odnajdują  oznaczenia szlaku, ciekawe formy głazów, połamane czy uschnięte drzewa, różne odmiany mchów, maleńkie kwiatostany niezapominajek, fioletowe urdzika karpackiego i białe skalnicy tatrzańskiej, no i oczywiście zapowiedź jagodowej biesiady lipcowej - bo kwiatów jagodowych: ogrom!  ZAPRASZAMY  w lipcu!!! :) Droga minęła leniwie, wręcz powolnie - ale nikt nie narzekał na zadyszkę i bolące nogi. Zresztą dzięki Waszej "rozsądnej" ilości słodkich wspomagaczy,  mamy nieskończone pokłady energii ... i apetytu. Cudne widoki kilka razy  zmusiły nas do postoju i niemego wyrażania zachwytu. Ale rekord popularności pobił widok ścieżki na Gęsią Szyję, który zwłaszcza z daleka robi ogromne wrażenie ( a dlaczego nie możemy iść TAM???). Widoki z samej Polany też były oczywiście fascynujące, ale ... najważniejsze było jedzenie! Napatrzyliśmy się, najedliśmy - to czas w drogę, bo tu już 12.30 a o 12 zaczyna się msza u Dominikanów, którzy opiekują się sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej na Wiktorówkach. Ale żeby tam dojść ! Uff! Jaki wysiłek! Niby z górki, niby blisko - ale najpierw "Krzywa, skośna kładka przez górski, rwący strumyczek" potem te "schody nie schody", a nóżki naszych przedszkolaków, jakby nieco krótsze przecież. Ale daliśmy radę i jeszcze zdążyliśmy jak należy!!! Oczywiście w kościółku miejsca nie ma, na słońcu raczej siedzieć nie chcemy - bo potem nie wstaniemy... A tu niespodzianka - jakby na nas specjalnie czekały: schody, na których można usiąść w cieniu (potem okazało się, że cień jest co prawda bardziej niż chłodny). Kolejna niespodzianka: to specjalna msza - chrzcielna, a mała Gabrysia z niesfornymi czarnymi lokami, ubrana w tradycyjny strój góralski - jak bardzo mała góralka - prawie jak lalka. I jeszcze byli misjonarze, którzy budują kościół w Indiach. Więc po tej nieco dłuższej mszy przenieśliśmy się  do słońca, żeby przed powrotem dogrzać się na słońcu. Droga powrotna, tym razem szlakiem niebieskim, do miejsca: Zazadnia ( Pani!: napisali dwa razy "za" i "zadek" - tak w wolnym przedszkolnym tłumaczeniu brzmi ta nazwa) - szybko minęła. Na obiad zdążyliśmy zgodnie z umową. Nasze głodomorki znów popisały się apetytem: tradycyjny niedzielny rosół znikł w szalonym tempie, a kurczak zapiekany w jajku, również cieszył się dużym powodzeniem. A słońce uparcie na dworze świeci dalej - więc relaks poobiedni skrócony do minimum - i już jesteśmy z powrotem na słonecznym podwórku. Tu nie do końca taka beztroska zabawa, ale też poważna praca: trzeba przygotować kolejne strony naszej podróżniczych wspomnień "Śladami Koziołka Matołka" . Ale bawimy się beztrosko i pracujemy dzielnie: dla każdego coś miłego. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę na kolację, kiedy nadeszła ta "głodna" godzina, a potem łapaliśmy jeszcze ostatnie promienie, aż do zachodu słońca. Ale to i tak jeszcze nie koniec dnia: jak przystało na prawdziwy wyjazd integracyjny, czas na "dyskotekę na dobry początek". Taką niespodziewaną,  "na sportowo" - ale jakże udaną, z gromkimi śpiewami. A potem już tylko rzeczy oczywiste: kąpiel, ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, dziś bez wspólnego słuchania bajeczki - bo nie da się mieć wszystkiego, ale z obietnicą spokojnych, kolorowych snów... I nowych przygód jutro.
A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
A to już opowieść na inny czas:)

 
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień Pierwszy

Email
W Poroninie pod górami, nad łąkami , pod lasami, kozy kują podkowami?
Nie tym razem! Bo od dzisiaj pod Tatrami siedzą panie z dzieciakami.
Co tu robią? Rozrabiają? Ależ skąd! Pilnie patrzą, obserwują ,wysłuchują, poszukują  ...
Chodzą grzecznie gromadkami, pojedynczo i parami:)

Tyle wstępu. Ale przecież najpierw musieliśmy wyruszyć spod Przedszkola. Wszystko jakoś nam tak sprawnie poszło... Rodzice nam tak pięknie machali ... Droga nam upłynęła nad wyraz spokojnie... Chyba nas trochę ten spokój uśpił, bo... kiedy "oddychaliśmy" świeżym powietrzem na stacji benzynowej i posilaliśmy się przed dalszą podróżą ... zostawiliśmy cały pojemnik z resztką smakowitych pączusiów  na murku za cysterną. No ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero parę godzin później, kiedy chcieliśmy sobie zrobić dodatkowy podwieczorek :((( Cóż nam pozostało - wyszukaliśmy numer do tej szczęśliwej posiadaczki naszych słodkości i ... zaprosiliśmy ich do poczęstunku - żeby się tylko te świeże ciastka nie zmarnowały. Obsługujący stację się bardzo ucieszył i obiecał zaopiekować się "drogocennym" pojemnikiem na ciastka.
A my wyjątkowo sprawnie i szybko rozlokowaliśmy się na piętrach, bez kłótni podzieliliśmy się pokojami i poszliśmy z burczącymi brzuchami do jadalni na obiad. Oj a jak nam pachniało!!! I co się okazało? Nasza ulubiona zupka: pomidorowa! Dokłądek nie było końca - a tu jeszcze drugie danie. Też pychotka zasługująca na uznanie: pałeczki z kurczaka ( o ziemniakach już nie piszę) i surówka z marcheweczki z jogurcikiem - specjalność Pani Uli. Palce lizać! Zresztą długo nie wychodziliśmy ze stołówki bo pani Ula wciąż donosiła te pyszne kurczaczki.
Po obiedzie chwilka odpoczynku. W międzyczasie ubranka ułożyły się na półeczkach i mogliśmy iść na podwórko, korzystać ze słoneczka. I nawet nie wiadomo kiedy nadszedł czas kolacji - kolorowe kanapki same wskakiwały do łapki i ginęły w przepastnych otchłaniach ... Taki żart:) Ale faktem jest, że jedzonko zniknęło szybko. A po kolacji ... Po kolacji poszliśmy pożegnać dzień i zachodzące słonko na pierwszą polankę. I była okazja poznać woń świeżo ściętego drzewa, zobaczyć różnicę pomiędzy listkami jagodowymi i borówkowymi, sprawnie omijać kałuże i błoto, nacieszyć oczy soczysto zieloną łąką i posłuchać ptaków... (co prawda gdybyśmy się jeszcze nauczyli iść w ciszy, to słychać by było o wiele więcej - ale wszystko przed nami ).  I kiedy tak pokonywaliśmy po raz pierwszy tę skomplikowaną leśną dróżkę - nagle pojawiła się przed nami czarująca polana ze skalistymi szczytami ponad wierzchołkami drzew. Łoł - wyrwało się niektórym a było to oczywiste wyrażenie zachwytu. Jakby tego było za mało - zza lasu wybiegły 4 konie w dzikim galopie. Esencja wolności. No tak staliśmy i podziwialiśmy. Potem się poczęstowaliśmy Waszymi "skromnymi" słodyczami  i trzeba było wracać, bo słońce też już sobie poszło "spać". Ktoś nieśmiało zapytał  "A kiedy będzie kolacja?"  - "Jutro" usłyszał w odpowiedzi. A potem już tylko rzeczy oczywiste: kąpiel, ząbki, Leki z naszej przedszkolnej Apteki, wspólne słuchanie bajeczki i obietnica spokojnych, kolorowych snów. Tylko zadanie dodatkowe, żeby zapamiętać co się śni - bo przecież pierwszy sen na nowym miejscu na pewno się spełni:)

A co jutro się wydarzy, co jutro czeka nas? 
A to już opowieść na inny czas:)
alt



 
alt alt alt
alt alt alt alt