Przedszkole nr 11 w Chorzowie

Zielone Przedszkole 2018


Podsumowanie

Email

Treść...

 

Dzień siódmy

Email

Treść...

 

 

Dzień szósty

Email

Dziwna cisza jakaś, a tu już 7 minut 20.
Może nam ktoś poprzesuwał zegarki? I to taki śmieszny żarcik?
Wchodzimy do każdego pokoju, a tu wszyscy spokojnie pomrukują, posapują, albo spokojnie leniwie oddychają - śpią w najlepsze. A czas poranka sobie  nieubłaganie leci! Jeszcze momencik i trzeba im wszystkim pomóc w przejściu do świata OBUDZONYCH, bo nam śniadanko wystygnie. No i tak się dzieje, i już budynek tętni zwykłym, codziennym hałasem. Prawie wszyscy zdążyli na śniadanie, prawie wszyscy są gotowi na rozpoczęcie kolejnej, tym razem ostatniej już wędrówki. Dzisiaj jedziemy do Zakopanego - odbierać zamówione pamiątki - to najważniejszy cel. Jednak pierwszym punktem programu jest Muzeum Tatrzańskie. Trochę przyrody tatrzańskiej już zobaczyliśmy na żywo, teraz dowiemy się o niej trochę więcej jak z Wielkiej Encyklopedii Przyrodniczej. W Muzeum Tatrzańskiem zobaczyliśmy jak dawniej ludzie tutaj żyli, jak mieszkali, jakimi narzędziami pracowali, jak się ubierali. Wielkie zainteresowanie wzbudziła kołyska nad łóżkiem rodziców, zawieszona na drągu, foremki dla pysznych oscypków, stroje kolędników i obrazy malowane na szkle. Znaleźliśmy nawet figurę patrona naszego miasta Chorzowa - św. Floriana. Do następnej sali wystawowej trzeba było przejść po schodach obok ogromnego, wypchanego misia, który trzyma w łapach barć - taki starodawny ul, i wybiera z niego miód. Tu też zobaczyliśmy makietę całych Tatr: odszukaliśmy Giewont i Dolinę Strążyską - taką małą niteczkę czerwonego szlaku, Polanę Rusinową i kościółek. Zobaczyliśmy też inne znane szczyty tatrzańskie, i coś czego nie mogliśmy zobaczyć na żywo: tatrzańskie jeziora. Potem oglądaliśmy makietę Pienin: odszukaliśmy obydwa poznane zamki, śledziliśmy niebieską nitkę Dunajca z niekończącymi się zakrętami. Oglądaliśmy kieł mamuta i odciski ślimaków, a potem w gablotach wszystkie gatunki żyjących w tatrach zwierząt i roślin. Ależ tego było dużo! Kiedy napełniliśmy się tą wiedzą biologiczną, zoologiczną, historyczną, etnograficzną, napełniliśmy też nasze żołądki drugim śniadaniem, a potem nasze torby pamiątkową poduszeczką-owieczką - obietnicą wspaniałych sennych wspomnień i marzeń o przyszłym  tatrzańskim wędrowaniu. Wszystkie plany na dzisiejszą wizytę w Zakopanym zrealizowane: można wracać na obiad. Tym bardziej, że nad miasto nadciągają ogromne, czarne chmurzyska.
Na obiad pani Ula przygotowała pyszny biały żurek oraz spagetti, które szybciutko znikało z talerzyków. Czas na odpoczynek - dziś nieco krótszy, bo czeka nas relaksacyjny pobyt na basenach w Białce Tatrzańskiej. Na basenie, jak już byliśmy gotowi do zabawy w wodzie ( i wszystkie części naszej garderoby były we właściwych szafkach), po rozmowie z Ratownikiem, nadszedł w końcu czas na baraszkowanie w ciełpych termalnych wodach. Uff! ale dziś woda była ciepła!!! Dla niektórych nawet za ciepła! Myśleliśmy, że po pluskach i wygłupach wodnych, zjazdach na zjeżdżalni, pompowaniu wody i szaleństwie na wodnym placu zabaw nikt nie będzie miał ochoty, ani sił przede wszystkim - na Dyskotekę!!! Ale niepotrzebnie się martwiliśmy!!! Kiedy po przyjeździe na kolację: zapiekana szyneczka z serem na bułeczce - ogłosiliśmy Dyskotekę na Dobre Zakończenie Zielonego Przedszkola: aplauzu nie było końca. Nasi przedszkolacy samodzielnie i bardzo sprawnie najpierw: porozwieszali swoje mokre stroje kąpielowe do wysuszenia, a potem z wielkim przejęciem i dbałością o szczegóły zarówno "męskiego" jak i "kobiecego" wyglądu: fryzura, buty, inne dodatki ... przygotowali się do szaleństwa dyskotekowego. Oj byliśmy zaskoczeni znajomością repertuaru, choreografii i umiejętności tanecznych naszych malusińskich.
I sił ...
I niezmordowania ...
Ale nawet najlepsza zabawa kiedyś musi się skończyć, nawet jeśli może trwać nieco dłużej, bo nie trzeba się kąpać po takiej dawce kąpieli na basenach. Więc, co prawda z niezadowoleniem, ale wszyscy zgodnie, pożegnali się do jutra.
Tylko jedna myśl była nieco niepokojąca: co tym razem wymyśli Zielononocny Duszek Zielonej Nocy????????
A niektórzy już wiedzą co wymyślił niesforny duszek ... Hi hi hi!!!
Ale to już historia na następną opowieść :)))

 

 

----------

 

alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

Dzień piąty

Email

Pod papugami... małe dzieci przechadzają się z ziarnami ...
Pod papugami ... małe dzieci uśmiechają się ...
Ale najpierw była pobudka, nieco później niż wczoraj - ale też później wyjeżdżamy na kolejną tatrzańską wyprawę. Po obowiązkowych czynnościach higieniczno-medycznych, jesteśmy gotowi do drogi.  Prognozy pogody na dzisiaj zapowiadały zachmurzenie i deszcze. Na razie jednak ciepło i słonecznie, a "przezorny zawsze ubezpieczony" i ma się lepiej ...  więc dlatego zabieramy ze sobą peleryny.  Z powodu przebudowy dróg w Zakopanym i okolicach, dojazd do PAPUGARNI zajmuje nam więcej czasu niż planowaliśmy, ale na miejscu okazuje się, że nasze opoźnienie nie ma znaczenia. Uspokojeni wchodzimy do środka i od razu przenosimy się do innego świata. Przy wejściu wita nas olbrzymi żółw, który co chwila stuka swoją skorupą o ogrodzenie. My rozglądamy się nerwowo po małym pomieszczeniu, czy to któreś z "naszych" czegoś nie strąciło -  ale  to nie my stukamy. Uff :)
Zanim wejdziemy do papuziego świata,  musimy zapoznać się z REGULAMINEM  pobytu i ustalić zasady zachowania wobec papug: w jaki sposób ustawiać ręce, jak głaskać, jak podawać karmę. Ciekawe czy wiecie, że papugi mają dwa żołądki?
Jeszcze tylko dezynfekcja rąk, dostajemy małe kubeczki z pokarmem dla ptaków i możemy przejść przez wolierę do pomieszczenia z papugami. Witają  nas śpiewy, gwizdy, skrzek wielu dziobów ( nie do policzenia), trzepot skrzydeł w wielu kolorach i wielkościach. Wokół rozstawione drzewa, rozwieszone liny, hustawki - wszystko ma przypominać naturalne środowisko papug. Wszyscy chyba mamy wyraz niepewności na twarzach - jak to będzie? Hmm ... trzeba dać dobry przykład, więc przywołuję do siebie największą z obecnych tu papug: ARĘ.  Niespodzewany ciężar, a papuga widząc smakołyk, bardzo pewnie i delikatnie wdrapuje się na ramię, i maszeruje w kierunku kubeczka gdzie wyszukuje lepsze ziarenka. Dzieci różnie reagują na latające ptaki. Są takie, które bardziej wolą stać z boku i obserwować co się dzieje - ale większość od razu w prawidłowy sposób podają  swoje ramię i zachęcają papugi do jedzenia. Ciekawa jest obserwacja strategii w jaki  sposób poradzić sobie z niepewnością, lękiem i strachem, opanować emocje (których przecież nie można pokazać, bo wtedy papuga odlatuje, czując się sama niepewnie). Dużym powodzeniem cieszą się papugi średniej  wielkości. One są lżejsze i łatwiej się je trzyma. Czas przeznaczony na pobyt w Papugarni minął nie wiadomo kiedy. Na szczęście karma w kubeczkach się skończyła, ciekawość została zaspokojona i w całkiem naturalny sposób zakończyliśmy spotkanie z egzotycznymi ptakami. Ale w pamięci i emocjach pozostanie z pewnością na długo. Byliśmy naprawdę w innym świecie - a świat realny bardzo nas zaskoczył. Kiedy karmiliśmy papugi, nad  Zakopane napłyneły czarne chmury i rozpadało się na dobre. Nie rozpadało - rozlało, ulewnie i strugami deszczu. Staliśmy chwilkę, czekając na jakiś znak, że może się rozjaśni i przestanie, ale nie było szansy. A specjalny seans kinowy, dla nas tylko zamówiony czeka... No więc rozpoczęliśmy akcję pod kryptonimem "Przebiegnij między kroplami". Idąc do papugarni, zostawiliśmy wszystkie plecaki w busiku, żeby było wygodniej i bezpieczniej - bo papugi lubią kolorowe błyskotki - więc teraz nie mieliśmy przy sobie peleryn. Ale kierowca podjechał bardzo blisko wejścia i każdy przedszkolak błyskawicznie znalazł się w suchym wnętrzu. A kiedy podjechaliśmy pod kino GIEWONT,  okazało się, że już nie pada. Więc, praktycznie deszcz nas nie zmoczył. Właściciel kina cierpliwie czekał, aż spokojnie zasiądziemy na widowni i rozpoczął się seans: "KACZKI Z GĘSIEJ PACZKI".  Ptactwo nas dzisiaj nie opuszcza, dzień pod znakiem PTASICH PIÓREK,  jeżeli jeszcze się okaże, że pani Ula wymyśliła jakieś ptasie jedzenie na obiad - to będzie śmiesznie. Po filmie przeszliśmy KRUPÓWKAMI,  między dorożkami i handlowymi budkami, aż do przystanku, z którego odebrały nas busy. Czasu było niewiele, ale w magiczny sposób załatwiliśmy zakup pamiątek. Tylko ... musimy jutro znowu być w Zakopanym, żeby je odebrać- bo na bieżąco nikt nie ma aż tylu "rzeczy". A co to będzie? Co zamówiłyśmy? -  TO NIESPODZIANKA.
I znowu jesteśmy spóźnieni na obiad, ale tym razem to nie nasza wina, jesteśmy punktualnie na przystanku - tylko remonty, objazdy skutecznie korkują ulice - ale pani Ula to cierpliwa i wyrozumiała Gospodyni. A dziś obiadowa rewelacja: barszcz ukraiński, a na drugie: pierogi z serem na słodko: od razu przypomniał się nam wierszyk: ślimak, ślimak pokaż rogi dami ci sera na pierogi ...  Uff! Jednak obiad nie był ptasi.
Teraz prawdziwy odpoczynek, małe zadanko ( w tajemnicy: Wiktor ma dzisiaj urodziny i szykujemy dla niego pamiątkową książeczkę) i można korzystać z cudnej pogody na zabawy w  ogrodzie - bo oczywiście tutaj deszczu nie było i nie ma. Lało tylko w Zakopanym.  Tylkjo najpierw podwieczorek - truskaweczki. A na podwórku bieganki, skakanki i swawola! I znów tylko mała propozycja działań kreatywnych na powietrzu: NAMALUJ SWÓJ ŚWIAT NA KAMIENIU -  to kolejna niespodzianka. Niektórzy jutro jeszcze będą kończyć swoje kamienne dzieło. Wcześniej pani Ewa i Magda były na kamiennej misji: a gdzie pani, a po co poszła, a co to misja??? A my: wyczyścimy te kamyki, zaniesiemy do fabryki, i zrobimy smakołyki albo może twarde guziki :))) Śmiechu ogrom, a na kamykach powstały małe cudeńka. Zobaczycie sami. Ale to nie koniec na dziś: PŁONIE OGNISKO - co prawda nie w lesie, tylko w ALTANCE GRILLOWEJ, ALE Z PRAWDZIWYM OGNISKIEM. Najpierw pyszna kiełbaska, oczywiście przypiekany chlebek, a potem  - jak tradycja nakazuje, przy ognisku ogniskowe piosenki się wyśpiewuje. Gardła na szczęście nie zdarte, ale kąciki ze śmiechu poszerzone. A na koniec, gdy  OGNISKA JUŻ DOGASA BLASK ... OSTATNI UŚCISK RĄK ... obetnica, że za rok może znów się spotkamy ...  i DOBRANOCKOWA ISKIERKA.
Księżyc już wysoko (jeszcze tylko okazja żeby sprawdzić, czy "idzie na D czy na C - ciekawe kto wie, co to oznacza?),  więc najwyzsza pora na spanie!!! Tylko jeszcze OSTATNIE KĄPANIE ( bo jutro moczenie w basenie i pakowanie), leków rozdawanie i mocne nocne spanie.
Paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Do jutra :)

 

 

----------
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

 

Dzień czwarty

Email

Ach, co to był za dzień! Długi i słoneczny :)
A wszystko zaczęło się od samego poranka i  wcześniejszego śniadanka. Wcześniej wszyscy się ubrali, wcześniej do autobusu powsiadali i w bardzo długą drogę pojechali. Droga była jak wstążka asfaltowa, przerzucona przez zielone dywany, która zakolami i zakrętami (które wprowadzały w nas niepopkój o brzuszki naszych wędrowców) zaprowadziła nas do innej górzystej krainy, czyli w  Pieniny. Pierwszym punktem naszego dzisiejszego wędrowania było zwiedzanie zamku w Niedzicy.  Na szczęście przydzielono nam przewodnika na odpowiednią godzinę - mieliśmy dwie godzinki luzu - w sam raz, żeby zarezerwować rejs po jeziorze, zjeść drugie śniadanie nad przystanią statków, przejść się na tamę,  podziwiając krajobrazy pienińskie i dumnie wznoszący się Zamek, wybudowany na skale wyrastającej prosto z wody. Zapora wodna pomiędzy dwoma jeziorami niespodziewanie odkryła przed nami dodatkową atrakcję: na ziemi namalowano tutaj malowidło 3D przedstawiające wnętrze ukrytej w tamie elektrowni wodnej. Po dyskusji nad technicznymi aspektami spiętrzania wody, wytwarzania prądu w elektrowni wodnej i ochronie wiosek i miasteczek przed skutkami powodzi, okazało się, że trzeba się spieszyć pod barmę zamkową, gdzie czekała na nas pani Przewodnik. Doszliśmy dokładnie o wyznaczonej godzinie - co do minuty! To się nazywa precyzja!
Wszyscy myśleliśmy, że przewodnikiem będzie znana nam od lat, i lubiana pani Ola. A tu w bramie zamkowej czekała na nas pani Dominika. Ale  nie żałujemy! Jakże ona opowiadała ta pani Dominika: bardzo poważnym i specjalistycznym słownikiem, ale bardzo zrozumiale i ciekawie. Tak ciekawie, że MY byłyśmy zdumione, widząc jak nasze przedszkolaki, w zupełnej ciszy chłoną każde słowo, analizują, a potem zadają adekwatne pytania! Nieco strachu pojawiło się w sali tortur, a potem przy studni podczas opowiadania legendy o "zwiewnej jak motyl i lekkiej jak piórko Brunhildzie", wyrzuconej przez okno do studni, przez wściekłego Księcia Bogusława. Dla pewności i dla ochrony przed wizytą na Zielonym Przedszkolu Ducha Białej Damy, na wszelki wypadek wszyscy bardzo się starali,  głośno krzycząc: "Przebacz mi Brunhildo". Ale i tak nie jesteśmy pewni, czy jutro rano któryś z chłopców nie wstanie zupełnie łysy - jak się to przydarzyło Bogusławowi Łysemu. Przekonamy się jutro!
A tymczasem po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przy znaku z Duchem, pomaszerowaliśmy na przystań, bo zbliżała się już pora naszego rejsu po jeziorze. W porcie już czekał na nas statek "HALNY" oraz jego kapitan. Jednogłośnie podjęto decyzję, że wchodzimy na górny pokład - nikt się boi: najpierw trzeba przejść po wąskim trapie, potem wspiąć się po wąskich schodkach, a potem stawić czoła wiatrowi, który  polował na czapki. Naszym celem był brzeg u stóp zamku czorsztyńskiego. Ale po drodze odkryliśmy uroczy zakątek: Harnasiowy Gaj. Okazało się, że dla dzieci to prawdziwy raj: hamaki i huśtawki porozwieszane pomiędzy brzozami to obietnica dzikiej, odkrywczej zabawy. A na dodatek ... usprawiedliwiając się cudowną, upalną pogodą - poczęstowaliśmy wszystkich lodami ( podobno od jutra ma być załamanie pogody, więc może nie być więcej okazji). Mała rzecz, a jak rozweseliła wszystkich. Ale nic nie może wiecznie trwać - trzeba było zakończyć harnasiowe szaleństwo i wejść na szlak do zamku czorsztyńskiego. Po drodze tylko jeszcze podziwianie łąk porośniętych tysiącem jaskrów i pachnącą miętą. Pod ruinami pamiątkowe zdjęcie i mozolna wędrówka na parking - bo tu już czeka nasz autobus. Teraz ostatni punkt programu tego długiego dnia: piknik nad Dunajcem. Jak tu pachnie wodą! Jak tu słychać wodę i ile tu w ogóle wody! Można by tak siedzieć, patrzeć i patrzeć: jak szybko woda płynie, jak szybują myszołowy, które tu zawsze mają swoje gniazdo, jak flisacy przygotowują swoje tratwy do sezonu spływów po Dunajcu. Ale przecież musimy wrócić do domu na obiado-kolację, poodpowiadać na wszystkie nieodebrane telefony :)
I znów wstążka asfaltowej drogi podprowadziła nas malowniczą trasą pod domowe progi. A teraz jak to mówią: myju, myju, papu, papu: pyszne jedzonko: zupka ulubiona pomidorowa oraz ziemniaczki ze schabem i mizerią. Smakowało i znikało!
A teraz niespodzianka: długo oczekiwana i niestety z różnych względów wychowawczych odkładana:  DYSKOTEKA - taka "codzienna". Nie za krótka - nie za długa, tak w sam raz. A na koniec już tylko sił wystarczyło na kąpanie, leków rozdanie i smaczne spanie!

 

 

----------
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

 

Dzień trzeci

Email
Jaka błoga cisza!
Musi być bardzo wcześnie, skoro nic jeszcze nie słychać. Można się odwrócić na drugi bok i ... Ups! Czyżbyśmy zaspali? Na szczęście została nam jeszcze chwilka do śniadania -  no i nie wszyscy tak długo spali. Okazało się, że niektórzy już od dawna rysowali, grali, układali, budowali i...  ciszę zachowywali.  Proszę jakie pozytywne efekty wczorajszej debaty o  Kodeksie Zielonego Przedszkola. Zapowiada się więc przemiły dzień dla wszystkich. Pomimo opóźnionego poranka, wszyscy zdążyliśmy na czas na śniadanko: zupka, bułeczka, kanapeczka - zjedzone szybko i bez ceregieli: przecież wybieramy się na kolejną wędrówkę. A na dodatek słonko pięknie, choć nie grzejnie świeci - więc cieszą się dorośli i dzieci. Dobieranie garderoby wychodzi nam już coraz sprawniej, w pary ustawiamy się zgrabnie - i we właściwym czasie, bez żadnego spóźnienia, pakujemy się się do naszego środka transportowego. Z powodu remontu na moście w Poroninie, jedziemy inną drogą i trochę kluczymy. Ale dzięki temu mamy okazję pooglądać Giewont chyba z każdej strony. Za to kiedy dojechaliśmy do bramy w Dolinie Strążyskiej - Giewont zniknął. No to mamy cel naszej wyprawy: musimy odnaleźć Giewont! Po szybkim przypomnieniu zasad, odszukaniu szlaku, zaczynamy wędrowanie wzdłuż wartkiego i głośnego Strążyskiego Potoku. A tu się okazało, że mamy jeszcze drugie zadanie: przyrody obserwowanie. Mamy taki plan: zrobić zdjęcie każdemu zauważonemu nowemu kwiatkowi, a potem w Atlasie odnaleźć jego nazwę. No iak wędrujemy: od kaczeńca do fiołka żołtego, od goryczki wiosennej do niezapominajki, od ostróżki do storczyka, od konwalii do kopytnika. Okazało się, że mamy między nami paru bardzo bystrych Bystrzaków. Oprócz kwiatów zachwycamy się wszystkim dookoła: mniejszymi i większymi  wodospadami, porośniętymi kamieniami, okazałymi głazami i wysokimi skałami. Potem okaząło się, że nie tylko my się zachwycaliśmy, ale i nami się wielu zachwycało. No i w takim ogólnym zachwycie, za jednym z zakrętów, z zachwytem wypatrzyliśmy skalisty grzbiet Giewontu. Nad szczytem ani jednej chmurki, doskonale widac krzyż: Pani a czy tam jest grób? A czy tam ktoś umarł? - pytaniom nie ma końca. Jeszcze tylko ktoś zauważył drogowskaz ze szlakami, który pokazywał, że nasz czerwony szlak skręca i zachęca do zdobycia szczytu Giewontu. Może któryś z przedszkolaków zaproponuje wspaniałą przygodę wakacyjną swoim Rodzicom, lub za parę lat samodzielnie wróci na szlak?
W każdym razie dotarliśmy, nawet nie bardzo zmęczeni na Polanę Strążyską, gdzie rozsiedliśmy się przy ławach i mogliśmy się napawać  bliskością Giewontu. Kiedy już zjedliśmy wszystko co było do zjedzenia, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia z tymi, z którymi w pokojach śpimy, pozbieraliśmy nasze manatki - wyruszyliśmy w powrotną drogę. I znów Bystrzaki zauważali ciekawe rzeczy: mikroskopijne mchy, porosty i paprocie na skałach i powalonych drzewach, słowika rudzika, z rudawym brzuszkiem, który z głośnym świergotem towarzyszył nam przez chwilkę, a nawet niezwykłą gąsienicę, która poruszała się w niespotykany sposób (mamy nagrany filmik). Droga powrotna jak zwykle wydaje się być krótsza i szybko dotarliśmy do miejsca naszego startu. No to wracamy na obiad!!! Obiad był pyszny jak zwykle, ale głód chyba większy  lub apetyty się jeszcze poprawiły, bo nim zdążyłam zrobić zdjęcia kluskom -  bo kluski się skończyły, a brzuszki dzieciaków się z pewnością powiększyły. Po takim obiedzie odpoczynek konieczny - choć niektórzy przespali się już w autobusie. Ale regeneracja nie może trwać wiecznie! A że słoneczko wciąż świeci, to na dwór wybiegły z radością dzieci. I znów mecz na boisku, zabawy na trawie, jakby to był poranek, a nie wieczór po długiej wyprawie! I słowa protestu, kiedy zbiorkę na kolację ogłaszamy - bo przecież jeszcze tyle ciekawych pomysłów na zabawę mamy! Ale nie ma dyskusji, kolacja już czeka - a dziś na kolację: ryż zapiekany z jabłkami. Oj nie wszyscy są zachwyceni, ale ... wynegocjowaliśmy "zasadę próbowania i samodzielnego decydowania". No i danie całkiem pyszne się okazało i o dokładki wielu się dopraszało. Po tej pysznej kolacji, w ramach dobranocki poznaliśmy dokładnie legendę o Giewoncie i Rycerzach śpiących pod górą, którzy strzegą największego skarbu: WOLNOŚCI. Niektórzy marzyli jeszcze o dyskotece, ale piasek w oczach i wielkie ziewanie sprawił, że zmienili zdanie i ... wybrali kąpanie i spanie.
A więc dobrego, spokojnego spania i nowych sił zdobywania do jutrzejszego wędrowania :)


----------
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt

 

Dzień drugi

Email
Cudowna godzina gdzieś pomiędzy 6.00 a 6.45.
Gdzieś zza ściany dobiega radosny rechot żaby i stukot kopyt szczęśliwego jednorożca. "???" Czy to znak że zabłąkałam się na wiosennej łące? Nie, ależ skąd! To po prostu znak, że wstały nasze szczęśliwe ZIELONOPRZEDSZKOLAKI:) Czas więc na poranne powitania w pokojach: jedni rysują w piżamkach, inni balują w ciepłych czapeczkach, a na samej górze grzeczne dziewczynki smacznie śpią. Do nich rechoty i stukoty nie dotarły.  Do śniadania jeszcze mała chwilka, jest więc czas na powolne przeciąganie, wesołe gadanie i fryzurek układanie. A o 8.00 wszyscy głodni ochoczo schodzą na śniadanie: zupka mleczna, z serkiem lub z szyneczką bułeczka - co kto chce. Szybko i konkretnie  zjedzone, drugie śniadanie spakowane, ciasto na dokładkę i banany oraz inne energetyzujące smakołyki rownież. No to możemy pakować się na wyprawę. I tu się rozpoczęły "schody". Od razu poznać, że to pierwszy dzień i szkoła szczegółów: trzeba rozróżnić ciepły sweterek od lekkiej bluzki, solidne  buty grubsze od lekkich, kurtkę od płaszcza nieprzemakalnego. I wciąż wracać do pokoju, żeby poprawić garderobę. Ale w końcu, szczęśliwie zajęliśmy miejsca w autokarze, w którym cierpliwy kierowca cierpliwie czekał. Mogliśmy rozpocząć naszą dzisiejszą przygodę. "A czy będziemy oglądać bajeczkę?" O nie! Przecież za oknami mamy prawdziwą bajkę: szczyty porośnięte lasem, szczyty w chmurach, szczyty ze śniegiem, drewniane chaty z bali, konie w oddali ... I tak dojechaliśmy do początku naszej wędrówki: Wierch Poroniec. Tutaj po zakupieniu biletów wstępu do TPN, krótkim przypomnieniu wiedzy o zachowaniu w parku narodowym, odszukaniu szlaku - rozpoczęliśmy wędrowanie. Wędrowaliśmy bardzo sprawnie, podziwiając  - jak to STRAŻNICY PRZYRODY: a to kwitnące jagodziny, a to mrówki budujące mrowisko, huby wyrastające z pni, mchy porastające kamienie i korzenie, połamane drzewa, poprzewracane drzewa, uschnięte drzewa, i co chwila inne tatrzańskie turnie wyłaniające się spoza chmur. Tu popiliśmy wodą, tam zagryźliśmy żelkiem - i w czasie przewidzianym na ,wkroczyliśmy na Rusinową Polanę. Szybko opanowaliśmy stoły i kamienne głazy jak stoły, bo jednak na świerzym powietrzu jeść się chce, i to jeszcze w takiej scenerii. Sceneria jednak nagle jakby się nam pogorszyła, w sensie: nieco przychmurzyła i nawet deszczem trochę postraszyła, ale daliśmy popis szybkiego uzbrajania się w peleryny i płaszcze przeciwdeszczowe. Brawo! Sprawnie uformowaliśmy "dziwaczną gąsienicę w gumowych uniformach" i powędrowaliśmy dalej. Pokonaliśmy drewniany mostek. Pokonaliśmy drewniane schody. I w zupełnej ciszy weszliśmy na WIKTORÓWKI - znane sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr. A deszcz jednak się nie rozpadał :) Mogliśmy więc spokojnie spakować nasze przeciwdeszczowe osłony, zjeść kolejną porcję prowiantu i popić przesmacznej ciepłej herbaty przygotowywanej przez zakonników, opiekujących się kościółkiem. Jednak czas na powrót.  I znów pokonaliśmy schody. Pokonaliśmy ostre zakręty pełne kamieni. Pokonaliśmy dziurawy mostek - i przed umówionym czasem doszliśmy do końca naszej wędrówki: Zazadnia. Dziwne jakieś te góralskie nazwy.
A w domu już czekał na nas niedzielny obiad: rosół z makaronem, ziemniaczki z pałeczkami kurczaka i sałatką z pekińskiej kapusty - tym razem to było "Wielkie jedzenie z wielkim apetytem". Z tak wypełnionymi brzuszkami koniecznie trzeba się było położyć "do góry brzuchem". Czas odpoczywania jednak zawsze mija nie wiadomo kiedy, a przed nami kolejne zadania: wymyślanie nazw pokojów (szczegóły jutro) oraz wspólne tworzenie KODEKSU ZIELONEGO PRZEDSZKOLA. W ten sposób na dyskusji o koleżeństwie, przyjaźni, współdziałaniu i pomaganiu oraz konsekwencji łamania tych zasad, upłynął nam czas aż do kolacji. A na kolację niespodzianka: w jadalni same gorące psy tzn. domowej roboty hot dogi. Nawet nie udało się zrobić zdjęć upamiętniających to dzieło kulinarnej sztuki pani Uli - tak szybko zniknęły.  A teraz już tylko bajeczka, kąpiel do czysta i leki z Zielonoprzedszkolnej Apteki rzecz oczywista. I: HASTA LA VISTA!
A jutro - kolejne wędrowanie i Giewontu podziwianie :)


----------
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt      

 

Dzień pierwszy

Email
I znów wszystko się zaczęło ...
Jak co roku o tej samej wiosennej porze, każdy przedszkolak z JEDENASTKI, który tylko może , szykuje się do wielkiego tatrzańskiego wędrowania. W tym roku zawędrowało nas tu aż 42!!! Doroślaki nas pięknie pożegnali - choć długo na to pożegnanie czekali - ale się wielką cierpliwością przy tym czekaniu wykazali. A my bardzo spokojnie i szczęśliwie do naszej Pani Uli o właściwej porze żeśmy dojechali. I nawet tym razem nie zostawiliśmy nigdzie pysznych ciastek po drodze, tylko je ze smakiem wszyscy konsumowali. A przy okazji dziękujemy specjalnie miłemu i odważnemu Kierowcy naszego autokaru, który podwiózł nas stromą dróżką do samego domu na tej wysokiej górce :)
Po sprawnych dziecięcych obradach w naszej licznej grupie, rozlokowaliśmy się w pokojach i w wyśmienitych humorach zeszliśmy do jadalni na pierwszy obiad. Zupka niektórych nieco zaskoczyła: koperkowa z dziwnym makaronem ryżowym to była, ale okazała się być wyjątkowo smaczna. Drugie danie już było bardzo swojskie: mięsko mielone z ziemniakami i zasmażaną kapustką. Ale niech się nie martwią mamy naszych alergików - oni jedli nieco inne pyszności, bo Pani Ula wie jak wszystkich gościnnie ugościć.
Po obiedzie bardzo trudne zadanie: rozłożyć w szafach to, co w torbach było tak pięknie spakowane. Ale się udało! I to jeszcze zanim słońce zaszło!!! Więc w blasku słonecznym na podwórko wszyscy wybiegli: chłopcy od razu opanowali boisko, a reszta inne wszystko. Tak nas zastał podwieczorek - i to nie byle jaki! Pani Ula na nasze powitanie upiekła placek na bananie ( Niech się tylko mamy Natalki i Adama nie martwią, dla nich inne były smakołyki). Żeby do kolacji zrobić miejsce w brzuszkach wybraliśmy się na pierwszą wyprawę STRAŻNIKÓW PRZYRODY:  przed nami leśna dróżka, pełna niespodzianek i pułapek: kamieni, korzeni, kałuż pełnych błota (zauważyliśmy nawet Żuka gnojowego, który na swych plecach toczył kulkę końskiego nawozu :). Wszystkim udało się bezpiecznie dojść na polanę pełną soczystej zieloności. Góry też w oddali zamglonej wszyscy zobaczyli - ale szczytów w tym roku niestety nie było widać, choć niektórzy zauważyli ośnieżone skały. Mamy jednak nadzieję na lepsze widoki jutro. Zaplanowaliśmy wyprawę na Rusinową Polanę. Po wysłuchaniu wieczornego śpiewu leśnego ptactwa, wróciliśmy  tą samą drogą, ale już z większą wprawą - do domu na kolację. Po drodze zbierając pierwsze okazy do naszego ZIELNIKA - bohaterem dzisiejszego dnia został JASKIER - który  swoją żółtą barwą urokliwie rozświetla mokre łąki wzdłuż całej drogi do domu. A w domu, szybkie mycie rąk i KOLACJA.
Jakoś to wszystko szybko minęło ... Jeszcze tylko pierwsza kąpiel ... Obowiązkowe leki z Zielonoprzedszkolnej Apteki ... Bajeczka na dobranoc ... Pa pa pa: koniec dnia ...  Słońce już zeszło z chmur... Dobrych snów!
----------
alt alt alt alt
alt alt alt alt
alt alt alt -