Zielone 2026 dzień 2: NIEDZIELA

Hej Miśki czas wstać!!! Jak można tak spać!!!

Rano niezwykły spokój – a to przecież pierwszy poranek na tym Zielonym Przedszkolu. Ci Bohaterowie, którzy wstali wcześniej  cichutko sobie rysowali – nikt nie krzyczał, nie biegał po korytarzu, nie trzaskał drzwiami – jednym słowem błogi spokój! Prawdziwa niedziela:) i… KODEKS DZIAŁA 🙂 Rzut oka za okno i też błogi spokój umysłu o stan pogody  – prognozy się sprawdzają, i uśmiechy na twarzach: mamy dzisiaj zaplanowaną wyprawę na Rusinową Polanę, więc to słoneczko za oknami zapowiada spełnione plany.
Ochoczo ruszyliśmy na śniadanie: a tu dzisiaj JAJECZNICA:) śmiechu było co niemiara, bo wczoraj do kurnika wpadła chłopcom piłka i padło podejrzenie, że jemy efekty tej katastrofy 🙂 (Pan Wojtek zdementował co prawda te plotki, ale…) Nieważne:  talerze były puste, cała jajecznica szybko zniknęła. Wszystko dobrze się zaczęło: udało się nam zdążyć ze wszystkim na czas tzn. na czas przyjazdu Busów. Zdążyliśmy: posprzątać – nieco, przyjąć poranną porcję leków, przyjąć przedlokomocyjną porcję leków, poszukać i ubrać właściwe buty, poszukać i spakować właściwe peleryny, poszukać i spakować butelki z wodą mineralną, przygotować i spakować dodatkowe kanapki i inne smakołyki, rozdać i zawiązać na plecakach żółte chusty odblaskowe cudownie nas identyfikujące. Uff! Możemy ruszać 🙂
Drogą pełną widokowych atrakcji, szczególnie na polanie GŁODÓWKA, , dojechaliśmy do wejścia na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego na przystanku Wierch Poroniec. Stąd po opłaceniu wejściówki,  zdobyciu pamiątkowych pieczątek  w liczbie 2 x 38 odbić i kilka „NA WSZELKI”, pogadance o Parku Narodowym: że nie wolno zbierać, zrywać, wykopywać i wyrywać … rozpoczęliśmy wspinaczkę – bo tak wygląda wymagający dla początkujących TATRZAŃSKICH WŁÓCZYKIJÓW początek zielonego szlaku. Szybko wpadliśmy we właściwy rytm: marsz, odpoczynek, łyk wody, WDECH-WYDECH, rzut oka na przyrodę wokół nas, na cudne widoki i … dalej w drogę! A nad nami Słonko w całej okazałości i dalej obiecująco świeci.
obok nas las, czasami gęsty, porośnięty mchami, paprociami i kwitnącymi jagodzinami a miejscami ogromne połacie zniszczonego, wysuszonego lasu ze sterczącymi kikutami drzew i drzewami wyrwanymi z całym systemem korzeniowym – efekt susz. Przed nami wysokie granitowe szczyty pokryte białymi plamami śniegu: skąd się wzięły te góry – słychać pytania przyszłych geologów. Skąd ten śnieg – przecież jest ciepło: zastanawiają się przyszli meteorolodzy. Czy te góry były jak były dinozaury – to chyba dociekania przyszłych paleontologów:) A skąd te dzieci? A co one tak dzielnie maszerują? i jak ładnie ze sobą rozmawiają – brawo! I nie krzyczą!!! Całą drogę parami, z dziarskimi minami, pokonując małe kryzysy, dbając o drogę dla innych turystów… zrobiliśmy niezłą furorę na zielonym szlaku. W końcu, ze szczytu ostatniej górki widać całą polanę i małą schodkową ścieżkę prowadzącą w górę – droga na Gęsią Szyję ( ale TAM to już tylko z Rodzicami)- to nieomylny znak, że już za chwilę cel naszego dzisiejszego wędrowania zostanie osiągnięty. Jeszcze tylko parę zakrętów w upalnym słońcu, stado owiec chowających się w cieniu drzew przed słońcem …  i jesteśmy u celu. Ale wiemy, że to nie cel jest ważny, tylko ta fajna DROGA:) Ale … w końcu można będzie zjeść coś większego – bo głód znów nas dopadł. Niestety dziś w Bacówce nie ma oscypkowych warkoczyków –  więc nie ma regionalnej degustacji. Długo tu nie możemy zostać, czeka nas droga powrotna – bo jesteśmy umówieni z naszymi busami – a chcemy być odpowiedzialnymi turystami. Więc szybkie sesje zdjęciowe i do odwrotu jesteśmy gotowi. Droga powrotna zawsze jest krótsza, i zawsze się ją szybciej pokonuje – więc zdążyliśmy prawie na czas. Niby wszystko zgodnie z planem, ale…. nie przyjeżdża po nas drugi busik, więc stoimy w umówionym miejscu i czekamy…. czekamy…. czekamy …. Na SMSy nie mamy odpowiedzi, ale… jest w końcu wiadomość: awaria techniczna, przerwany przewód paliwowy, zaraz będzie kolejny samochód. Podziwiamy cierpliwość naszych przedszkolaków… ale mają na szczęście dodatkową atrakcję: przejeżdżające kawalkady motocyklistów machających do nas, trąbiących … W końcu jest busik, wsiadamy, jedziemy – a na polanie GŁODÓWKA mijamy stojącego na poboczu NASZEGO BUSA: pewno widok gór go tak zafascynował, że postanowił tu zagościć na dłużej:) Niezawodna Pani ULA cierpliwie czekała z rosołkiem, frytkami i pałeczkami kurczaka. No i nasza pierwsza połowa, też cierpliwie czekała na spóźniony obiad. Ale wszystko dobrze się skończyło i wszyscy wyszli z obiadu najedzeni i zadowoleni. A życiowa nauka, jaka z tego płynie: „po co się denerwować, skoro wszystkie komórki są nerwowe. I to wystarczy:)” Po krótkim wypoczynku, lodowa nagroda podwieczorkowa, a potem: na dwór! Piłka czeka! Zabawy i swawole na zielonej trawie, a w międzyczasie – zadania Tatrzańskiego Włóczykija. A, że Czas biegnie szybko bez popędzania – okazało się, że Pani ULA już ma dla nas kolację: dziś paróweczki i miękkie bułeczki 🙂 I jednak (choć wydają się być niezniszczalni) ile przy tym było ziewania …. a to oznacza koniec dnia … więc trzeba teraz znów o higienę zadbać, właściwe leki zaordynować, książeczki poczytać, kołderką opatulić i w poduszeczki zmęczone główki wtulić.

Dobranoc dobranoc – pchły na noc

osy, kleszcze i komary

plus szczypawki z każdej szpary:) CDN jutro:))