Zielone 2026 dzień 4: WTOREK

Ach, co to był za dzień! Długi i słoneczny 🙂
    A wszystko zaczęło się od samego poranka i wcześniejszego śniadanka. Ale najpierw musiała być pobudka, bo przed 7 WSZYSCY JESZCZE SMACZNIE CHRAPALI – ale pioseneczka MIŚKI CZAS WSTAĆ- wszystkich postawiła skutecznie na nogi. Tak więc wcześniej wszyscy się ubrali, szybciej i sprawniej zjedli śniadanie i wcześniej do autobusu powsiadali i w bardzo długą drogę pojechali. Droga była jak wstążka asfaltowa, przerzucona przez zielone dywany łąk, która zakolami i zakrętami wprowadzała w nas mały niepokój o brzuszki naszych wędrowców. Zaprowadziła nas do innej górzystej krainy, czyli w Pieniny. Pierwszym punktem naszego dzisiejszego wędrowania było zwiedzanie zamku w Niedzicy. Na szczęście przydzielono nam przewodnika na odpowiednią godzinę – mieliśmy jedną  godzinkę luzu 🙂 W sam raz, żeby zjeść drugie śniadanie na łące u stóp kamiennego zamku, podziwiając krajobrazy pienińskie i dumnie wznoszący się biały Zamek, wybudowany na skale wyrastającej prosto z wody.  Spokojnie posprzątaliśmy łąkę po naszym pikniku i do masywnej, drewnianej bramy  doszliśmy dokładnie o wyznaczonej godzinie – co do minuty! To się nazywa precyzja!
    Zastanawialiśmy się kto tym razem będzie naszym przewodnikiem (Kiedyś, gdy było niewielu przewodników co roku czekała na nas znana nam od lat, i lubiana pani Ola. Ale odkąd zwiększyła się ilość turystów, powiększono też liczbę przewodników – i co rok poznajemy kogoś nowego) Dziś w bramie zamkowej czekała na nas pani Karolina  – ale nie żałujemy! Jakże ona opowiadała: bardzo poważnym i specjalistycznym słownikiem, ale bardzo zrozumiale i ciekawie. Tak ciekawie, że MY byłyśmy zdumione, widząc jak nasze przedszkolaki, w zupełnej ciszy chłoną każde słowo. Nieco strachu pojawiło się w sali tortur, a potem przy studni podczas opowiadania legendy o zwiewnej jak motyl i lekkiej jak piórko Brunhildzie, wyrzuconej przez okno do studni, przez wściekłego Księcia Bogusława. Wielkie zaciekawienie z kolei wzbudziła sypialnia, a zwłaszcza nietypowa toaleta w postaci fotela z dziurą, oraz termofor w kształcie zamykanej patelni z długą rączką, do której wkładało się rozgrzane węgielki. Natomiast w sali rycerstwa znowu zapanowała atmosfera grozy – tym razem ze względu na skóry zwierząt, pokrywające kamienne ściany. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie na górnym tarasie, zwiedzenie sali z egzotycznymi pamiątkami właścicieli, np. portrety trumienne i chiński fotel z ogromnym wężem w roli podłokietników i oparcia – i już czas żegnać się z panią przewodnik. Wtedy okazało się, że nasze przedszkolaki stały się bystrymi obserwatorami: w korytarzu  przed wyjściem zauważyły jaskółkę i dwa naklejone na ścianie jaskółcze gniazda.
    Po zrobieniu spontanicznego zdjęcia przy znaku z Duchem z próbą naśladowania duchowej miny, pomaszerowaliśmy do WOZOWNI – czyli takiego garażu na stare bryczki i karety. A potem już na przystań, okazało, że dziś wszystko idzie nam NIESPODZIEWANIE SPRAWNIE: do portu już zbliżał się statek DUNAJEC – inny niż wszystkie pozostałe ze względu na wielkie boczne kola, które go napędzały tzw. bocznokołowiec.  Jednogłośnie podjęto decyzję, że wchodzimy na górny pokład – nikt się boi: najpierw trzeba przejść po wąskim trapie, potem wspiąć się po wąskich, krętych schodkach, a potem stawić czoła wiatrowi, który polował na czapki. Naszym celem był brzeg u stóp zamku czorsztyńskiego. Po drodze jednak odkryliśmy uroczy zakątek: gdzie usprawiedliwiając się cudowną, upalną pogodą i brakiem dolegliwości – poczęstowaliśmy wszystkich lodami. Mała rzecz, a jak rozweseliła wszystkich i dała TYLE SZCZĘŚCIA W JEDNYM MIEJSCU. Ale nic nie może wiecznie trwać – trzeba było zakończyć to lodowe szaleństwo i wejść na szlak do zamku czorsztyńskiego. Po drodze tylko jeszcze podziwianie łąk porośniętych tysiącem jaskrów i pachnącą miętą, pomiędzy którymi spokojnie pasły się krowy. Fascynujące było to, że każda krowa miała zawieszony na szyi duży miedziany dzwonek w różnych wielkościach i na dodatek, grający różny dźwięk –  w ten sposób wysłuchaliśmy jedynego w swoim rodzaju koncertu na krowie dzwonki 🙂 Pod ruinami pamiątkowe zdjęcie, zakup pamiątkowego medalu dwustronnie bitego,  i potem już tylko mozolna wędrówka  na parking – bo tu przyjedzie nasz autobus. A teraz kolejny punkt programu tego długiego dnia: piknik nad Dunajcem. Po drodze, idąc przez pawilon edukacyjny przystani flisackiej w Kętach – mamy okazję zobaczyć Pieniny jak na dłoni – z lotu ptaka. Na wielkiej makiecie szybko odnajdujemy dwa zalewy i dzielące ją tamę z elektrownią wodną, dwa zamki po dwóch stronach zalewu Czorsztyńskiego, niebieską wstążkę Dunajca, slalomem przecinającą górskie masywy  Pienin i odnajdujemy najsłynniejszy pieniński szczyt: Trzy Korony. Tam też będziemy, ale najpierw PIKNIK- bo znów wszystkich ogarnął głód. Siadamy więc w cieniu nad brzegiem Dunajca.  Jak tu pachnie wodą! Jak tu słychać wodę i ile tu w ogóle wody! Można by tak siedzieć, patrzeć i patrzeć: jak szybko woda płynie, jak flisacy przygotowują swoje tratwy do  spływu po Dunajcu.Oj można by tak siedzieć i siedzieć i podziwiać…Ale chcemy jeszcze zobaczyć z bliska Trzy Korony – więc jedziemy dalej. Ciekawostka: mijamy pieszy most graniczny. I nagle takie olśnienie – przecież po drugiej stronie dunajcowej wody jest inne państwo. Wędrujemy dziś po krańcu naszego państwa, po krawędzi mapy 🙂 od ostatniego parkingu do kolejnego pawilonu edukacyjnego prowadzi nastrojowa alejka spacerowa porośnięta drzewami, w koronach których słychać tysiące treli ptasich. Mijamy stadninę koni, przed nami budynek schroniska górskiego Trzy Korony a ponad nim górują prawdziwe pienińskie Trzy Korony. Tak bliskie, wydaje się że można je dotknąć. Sam pawilon dziś jest już zamknięty, ale obok znajduje się stale otwarte alpinarium z chronionymi roślinami rosnącymi tylko w Pieninach –  to tzw. endemity. Jednak niespodziewanie największą atrakcją okazały się być domki -hotele dla owadów. MUSIMY takie mieć w naszym ogrodzie  – zgodnie zawyrokowano. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia z Trzema Koronami w tle. I musimy wracać  do domu na obiado-kolację, i poodpowiadać na wszystkie nieodebrane telefony 🙂 (A tak na marginesie telefonów: wczesnym rankiem, nie marudząc zbytnio, wysłano TAM GDZIE TRZEBA uroczyste życzenia z okazji dzisiejszego DNIA MATKI!! Ale się nam udała niespodziewana niespodzianka!!!
    I znów wstążka asfaltowej drogi podprowadziła nas malowniczą trasą pod domowe progi. A teraz jak to mówią: myju, myju, papu, papu: pyszne jedzonko: rewelacyjny biały żurek i …  naleśniki zapiekane z serem. Smakowało i znikało! Godzina późna, słonce chyli się nad horyzontem, zaczyna się zbiorowe ziewanie…. a to oznacza koniec tego niespodziewanego dobrze zaplanowanego dnia … więc trzeba teraz tylko o higienę zadbać, właściwe leki zaordynować, książeczki poczytać, kołderką opatulić i w poduszeczki zmęczone główki wtulić.

Dobranoc dobranoc – pchły na noc

kuny, żeby żyć po cichu

tłuką się po całym strychu CDN jutro:))